Psi nastolatek – najlepszego Beciku!

urodziny - psi senior - psi nastolatek - przemyślenia - bthegreat.pl

Stało się – Pan Piesek kończy 11 lat i wchodzi w wiek nastoletni.

Sam fakt, że tu jesteśmy to ogromny przywilej. Myślę, że nic nie robi lepiej człowiekowi na głowę w kwestii jego relacji z psem, niż lecące lata w kalendarzu. To taki straszny banał, że relacja potrzebuje czasu, że mądrość przychodzi z wiekiem. I chciałabym, żeby dało się to osiągnąć wcześniej – tę perspektywę, że wszystko jest skończone, że spacer to nie przymus, a przywilej i to niesamowite, że dane jest nam przeżywać tyle wspólnych przygód. Chciałabym móc powiedzieć, że byłam mądrzejsza. Że od pierwszych chwil doceniałam tą unikatową możliwość dzielenia swojego życia z psiakiem. Że czerpałam z każdego treningu masę przyjemności, bo przecież chodzi o to, żeby robić coś fajnego razem.

Ale nie mogę.

Na początku, pewnie po części przez własny wczesny wiek nastoletni (dlatego nie jestem fanką brania psów przez nastolatki, choć pewnie są takie układy rodzinne i osobowości, w których zagrało to świetnie), po części przez charakter, ambicję, zagubienie i nierealne oczekiwania, zdecydowanie miewałam trudności z samego cieszenia się z tego, że mogę dzielić codzienność z psem.
Były takie chwile, gdy przychodziło mi to z łatwością – oraz takie, w których najchętniej urwałabym Betowi łeb, zaraz potem jak pozbyłabym się własnego. Za dużo wszystkiego.

Na szczęście, mądrość przychodzi z wiekiem, nie tylko psa. Znaczy, nie przychodzi, co raczej człowiek się zderza z różnymi rzeczami, próbuje wyciągać wnioski, chodzi na terapię lub dwie, poznaje dobrych ludzi, tych złych też i jakoś tak w międzyczasie się rozwija. Pewne rzeczy w życiu się zaczynają, inne kończą i o ile patrzy się na życie ze szczątkową choć świadomością, w końcu zaczyna się zauważać. Przemijanie. Ulotność. Chwilowość.

I tak, można zacząć się stresować tym, że nie wiemy ile chwil razem nam zostało, która będzie tą ostatnią i czy jutro nie spadnie nam na głowę cegła, i to wszystko się skończy. To też przechodziłam i pewnie przechodzić będę jeszcze wielokrotnie.
Ta perspektywa niestałości daje też coś innego – większe docenienie tu i teraz. Za każdym razem, gdy zabieram Beethovena nad morze, cieszę się, że możemy z tego wspólnie korzystać. Bo nie wiem, ile to jeszcze potrwa. Każdy wspólny wyjazd, w góry, las czy na inny koniec świata to okazja, żeby nacieszyć się sobą.

I tak oto w ten sposób starałam się żyć przez ostatnie lata. Oczywiście wciąż są dni, w których wszystko mnie przerasta i najchętniej urwałabym głowy tym, którzy wydają z siebie jakiekolwiek dźwięki (jak wiadomo, pies się do tej grupy zalicza), męczą mnie trudności związane z reaktywnością Beta, albo kolejny alarm, bo ktoś śmiał zaszczekać pod oknem. Ale coraz częściej i coraz szybciej biorę wdech, i przypominam sobie, że życie bez psa byłoby prostsze, ale uboższe. O element, bez którego nie wyobrażam sobie rzeczywistości.

Znaczy – wyobrażam. Co jak co, ale wyobraźnię mam bujną. Brak kłaków pędzących między pokojami niczym kłęby suchej trawy w westernach, koniec nagłych wydatków weterynaryjnych, koniec kurtek dających lekko karmą, bo w szafie mieszka z nią pudło, koniec spacerów w każdą pogodę, logistyki wakacyjnej i myślenia, jak wprowadzić gości, żeby każdy wyszedł z kompletem palców.
I gdy jest trudno, takie wyobrażenia są nawet miłe.

A potem patrzę sobie w oczy w lustrze (metaforycznym) i kiwam głową, że może wytrzymałabym kilka tygodni. Może miesięcy. Ale bez zwierzęcia życie jest dla mnie za proste, za nudne i za łatwe.

Jak to czasem w różnych kontekstach mawiam: może wybrana przeze mnie ścieżka życia nie jest najłatwiejsza, ale uważam, że jest jedyną wartą przeżycia. Ot, tyle.

Kocham Cię Beciku wielce. Jesteś najwspanialszym gamoniem, błagającym o coś ze stołu przy każdym posiłku, nienawidzisz goldenów z pasją godną rasisty i najchętniej żyłbyś gdzieś na większym odludziu niż na Warszawskim Mokotowie. Czyli w sumie gdziekolwiek indziej.
Dziękuję, że cieszysz się z każdej wspólnej zabawy, mimo że znasz te zabawki od lat i niewiele w naszej zabawie się zmieniło – ot szarpiemy się, robimy jakieś zadania i biegamy po trawie. Zmieniło się może to, że od kilku lat naprawdę się tym cieszę, za każdym jednym razem. A Ty zawsze patrzysz na mnie (lub zabawkę) z taką samą miłością.
Dziękuję, że może i obawiasz się obcych ludzi, ale dasz się przekonać z czasem do tych, których chcę mieć w swoim życiu. Wiem, że jeśli dostosują się do tej zawiłej procedury poznawania Ciebie, to będą warci zatrzymania na dłużej.

Dziękuję za wszystkie wspólne poranki, w których to patrzysz na mnie z miłością, bo może i zajmujesz pół łóżka i nie dosypiam, ale gdy byłeś młodszy, oddałabym wszystko za taką bliskość. Wtedy nasza relacja nie była tak mocna, a w Tobie było wiele więcej obaw przed zażyłością. Dziękuję za zaufanie.
Dziękuję za to, że dajesz się wozić po Polsce i świecie jak najdzielniejszy tobołek. Zasypiasz w pociągach, siedzisz w autobusach, patrzysz na mnie w tramwajach. Do metra sam mnie regularnie prowadzisz, bo wolisz przejść się podziemiami niż stać na pasach na powierzchni. Dzięki temu możemy zwiedzać i odkrywać świat razem.

Dziękuję, że uczysz mnie tego, że można mieć swoje specyficzne i trudne wymagania, a wciąż zasługiwać na to, by być kochanym. Całym, ze wszystkimi stronami i odsłonami. Że można czegoś nie lubić, czegoś unikać, czegoś się bać – bo tak. I że z drugiej strony, można kochać coś z całego serca i cieszyć się tym tak, że wszyscy wokół się zarażają.

Dziękuję, że od 11 lat po prostu jesteś. Że widziałeś mnie w każdym stanie. Że byłeś, jesteś i obyś był jak najdłużej. Już ja się o Ciebie potroszczę gamoniu. Zasługujesz na to.

Wiem, że nic z tego, co tu napisałam, nie znaczy dla Beethovena zupełnie nic. W ogóle, nie ma mnie dziś przy nim, tak się złożyło, konceptu swoich urodzin też nie rozumie, prócz tego że zawsze staram się, by wydarzyło się dla niego w tym dniu coś miłego. Dla niego to po prostu fajny dzień.
Te słowa, zdania, zdjęcia nie mają żadnego znaczenia z psiej perspektywy.
Ale mają znaczenie dla mnie. I może dzięki temu mają znaczenie też dla kogoś z Was.
Może dla kogoś, kto jest na początku drogi i frustruje się tym, że nie może dogadać się ze szczeniakiem. Gwarantuję, będzie lepiej. Po czasie. Odpuść sobie i psu, nie bój się zasięgnąć pomocy u kogoś mądrzejszego i spróbuj popatrzyć na tego grzdyla jak na swoje marzenie, które właśnie się spełniło.
Może dla kogoś, kto zaczął trenować z psem i męczy go, że jakiś element nie idzie, że coś nie wychodzi. Że w teorii robi wszystko dobrze, że innym przecież wychodzi i ich psy wymiatają – to tylko sport. Wiem, że łatwo mówić, ale to naprawdę tylko dodatek do Waszej pięknej codzienności. Sugerowałabym głęboki oddech, odstawienie treningów na chwilę i zaczerpnięcie rady u trenera/ki. W tej kolejności. Jeszcze będzie pięknie, jeszcze będzie wspaniale.
Może dla kogoś, kto stracił swojego czworonożnego przyjaciela i powoli łata w sercu tę wielką dziurę. Tudzież nie łata, bo tej dziury nic nie zastąpi, ale pozwala sobie powoli rosnąć wokół niej. Nie wiem, jak to jest. Nie będę udawać. Ściskam, tulę i ślę pozytywną energię. I mam nadzieję, że z czasem ten ogrom dobrych doświadczeń, które dzieliliście razem, przeważy smutek i ból straty. I że życie znów nabierze barw.
Może dla kogoś, kto nie ma w swoim życiu zwierzaka, ale chciałby mieć. Nie mam tu dobrej rady prócz porozmawiania z osobami, które mają. Można spróbować udzielać się w fundacjach, zostać domem tymczasowym. Wierzę, że z otwartą głową, wrażliwym sercem i gotowością do nauki można wiele. Błędów się nie uniknie, zawsze jakieś będą.

Dla mnie te słowa coś znaczą i chciałam się z Wami nimi podzielić.

Wpis poprzeplatałam kilkoma pięknymi zdjęciami, które miałam pod ręką. Jeśli słowa się nie kleiły, a tekst nie miał większego sensu, to przynajmniej można pozachwycać się, od dziś, jedenastoletnim Beethovenem.

Tyle ode mnie na dziś.
Trzymajcie się.

Psi nastolatek – najlepszego Beciku!
Przewiń na górę