Nie wiem, kiedy to się stało

Wpis po pół roku – nie wiem, kiedy minęło te sześć miesięcy, a tym bardziej, kiedy minęło te pięć lat z Beethovenem. Ale w tym tygodniu stało się coś, co dobitnie mi pokazuje, że tak – pięć lat minęło i te lata nie były zmarnowane.

piórko - bthegreat.pl

Jak się zaczęło

Wracałam z Beethovenem od weterynarza, musiał być zaszczepiony na wściekliznę – i tak ledwo zdążyłam, poprzednie szczepienie wygasało tego właśnie dnia. Śnieg prószył, nie spieszyliśmy się zbytnio – Beethoven odreagowywał wizytę. Nigdy nie lubił weterynarzy, a od kiedy w tej właśnie klinice osuwał się na ziemię, a ja trzymałam go przed zabiegiem, nie dziwię mu się, że może nie mieć najlepszych skojarzeń. W momencie, w którym powoli tracił kontakt z rzeczywistością, nie wiem czy bardziej bałam się ja, czy on.

Językiem macha na prawo i lewo – właśnie bawiliśmy się szarpakiem, więc nie dziwię się, że jest nieco zdyszany. Przynajmniej wreszcie było mi ciepło w ręce – czego dwie pary rękawiczek nie załatwią, zabawa z psem zrobi w try miga.

Drepczemy spokojnie, aż tu Bet zaczyna zwalniać i finalnie podkurczać jedną łapę. Nie dziwi mnie to zbytnio – połączenie śniegu i soli to najgorsze, co może być dla psich łap. Powoli zaczynam rozważać załatwienie psich butów, bo trudno na niego patrzeć w takim stanie. Podchodzę i strzepuję z łapy nadmiar soli, wydłubuję śnieg i ruszamy dalej w drogę do domu.

Po kilku minutach sytuacja się powtarza – kulenie i smutny wzrok. Kucając zauważam, że tym razem pomiędzy opuszkami jest cała bryła lodu – nie jestem w stanie jej usunąć, ale wiem, że Bet zębami i językiem mógłby dać radę. Ustawiam łapę tak, żeby mógł się do niej dostać i po chwili nie ma już śladu po śniegu czy lodzie.

Gdy kolejne kilkadziesiąt metrów dalej widzę, że Bet stoi z jedną łapą podniesioną, rzucam: “Becik, dobrze wiemy, że sobie w tym lepiej poradzisz niż ja, dasz radę chłopie.”
To, co stało się potem, zdumiewa mnie do dziś.

Coś się zmieniło

Beethoven podniosł pysk i spojrzał na mnie smutnumi oczami. Gdy to nie zadziałało (stałam dalej w tym samym miejscu), zaczął niezdarnie kuśtykać w moim kierunku – łapy bolały go już chyba wszystkie. Momentalnie usiadłam na śniegu i zaczęłam czyścić opuszka po opuszce.

Nie wiem, kiedy to się stało.
Nie wiem, kiedy zaczął zwracać się do mnie o pomoc.
Nie wiem, kiedy pierwszą rzeczą (a właściwie osobą), o której pomyśli po przestraszeniu się czegoś jestem ja.
Nie wiem, kiedy uczucie ciężaru na kołdrze w nocy, gdy chcę obrócić się na drugi bok, stało się czymś oczywistym.
Nie wiem, kiedy zaczęłam z nim rozmawiać na ulicy, niczym się nie przejmując.
Nie wiem, kiedy ta relacja stała się tak… poważna? Głęboka? Naturalna?

Relacji nie da się szczucznie stworzyć

Potrzeba czasu

Gdy Beethoven miał kilka miesięcy, rok czy nawet dwa lata szukałam wszystkich możliwych tekstów i materiałów na temat relacji z psem. Imponowały mi osoby, które przebywając ze swoim psem, pracując z nim, trenując, wyglądały tak spokojnie i naturalnie. Których relacja z psem była czymś normalnym, mocnym, niepodważalnym. Sama popełniałam mnóstwo błędów, uczyłam się, popełniałam kolejne błędy i dalej się uczyłam. Wciąż krąg pomyłek i nauki trwa, ale dziś… Jest jakoś inaczej.

Nie wiem, kiedy zaczęłam odpuszczać, i być obok. Kiedy mniej rządziły mną moje wyobrażenia o psie, którego zawsze tak bardzo chciałam mieć, a bardziej szczęście z tego, że mam czarno-białe futro obok.

To nie stało się z dnia na dzień, to był bardzo długi proces. To były te momenty, gdy przestawałam go na siłę zmieniać, a zaczynałam śmiać się w głos – bo po raz kolejny nie mógł mnie zrozumieć.
Te wieczory, podczas których siadałam na łóżku z książką, a on wskakiwał i kładł się metr pode mnie. I po pewnym czasie, dniach, tygodniach lub miesiącach, poczułam jak oparty o moje biodro zaczął biegać przez sen. Nie mogłam przestać się uśmiechać.

Teraz nie wyobrażam sobie wieczoru bez niego, choć praktycznie codziennie chciałabym rzucić w niego kapciem, urwać głowę czy cokolwiek innego – przecież są wzloty i upadki, a w moim humorze jest ich naprawdę wiele 😉 Najważniejsze, że zasypiając i widząc padnięte psisko w kącie, uśmiecham się.
I te powrotu do domu. Ten taniec, lizanie i roześmiane oczy. Warto było się te 5 lat bujać, czekać, uczyć, rwać włosy z głowy, płakać, krzyczeć ze złości, wydawać miliony monet na zajęcia i szkolenia.
Bo teraz możemy iść razem przez miasto i się śmiać. A przecież zawsze znajdzie się powód, żeby się śmiać, prawda?

piórko - bthegreat.pl

Oryginalnie napisałam, że dobrze tu wrócić, do pisania na blogu. I że robię to z wejściem smoka – no cóż, biorąc pod uwagę, że omyłkowo usunęłam cały wpis i musiałam pisać go od nowa, z głowy, to teraz jest to co najwyżej wejście rozgwiazdy. Bo wiecie, rozgwiazda się regeneruje. Tak, też uważam, że to wybitnie śmieszne.
Cześć i czołem, dobrze znowu pisać!