Przestań gadać, zacznij działać!

Tyle tych wpisów zaczynam “ostatnio..”, bo większość tematów poruszanych na blogu to moje bieżące rozterki, przemyślenia i problemy. Tym razem chcę się zmierzyć z taką aktywną biernością lub też bierną aktywnością 😉 O co chodzi? Już tłumaczę!

Każdy ma jakieś marzenia. Ja mam ich wiele, powstają na okrągło, część z nich po jakimś czasie zanika, bo okazuje się, że tak naprawdę były tylko chwilowymi zachciankami, ale część zostaje. Na zawsze.

Marzenia się nie spełniają, marzenia się spełnia.

Autorem zapewne jest ktoś mądry, nie wiem komu przypisać te słowa. Ups?

Tę mantrę powtarzam sobie chyba od zawsze, towarzyszy mi przez całe życie. I wiecie co? Uświadomiłam sobie, że jest bardzo duża różnica między myśleniem w dany sposób, a działaniem.

Już kilkukrotnie wspominałam o moim lęku przed zmianą, który po części jest naturalny – wychodzenie ze strefy komfortu nigdy do najłatwiejszych nie należało. W pewnym kwestiach musiałam dać sobie czas na podjęcie decyzji i oswojenie się z nią, ale to nie tak, że każdą najmniejszą sytuację trzeba tak rozdrabniać.

Kiedyś biegałam. Naprawdę, gdzieś w zamętach Instagrama są zdjęcia Beta jako półrocznego szczeniaka, który truchtał obok mnie przez miasto. Im Bet był starszy, ja byłam starsza, tym jakoś… mniej mi się chciało. Rzadziej biegałam, więc mimowolnie spadała mi kondycja i w końcu całkowicie zaniechałam tej czynności.

Od roku lub nawet dłużej powtarzałam sobie, że wrócę. Kilka miesięcy temu rzeczywiście poszłam pobiegać z tatą, ale był jeden problem – on narzucił w dużej mierze swoje tempo, moja kondycja spadła i okazało się, że moje tętno przy zwykłym truchcie wystrzeliło w kosmos. Przestraszyłam się i znów zaniechałam.

Oczywiście przez cały czas chodziłam na długie spacery, przy okazji wzmacniając nogi i kondycję – mój chód jest bardzo szybki. Czasem się zastanawiam czy jak ludzie mnie mijają, to zauważają przyspieszone tempo, czy nie.

Ktoś kiedyś wpadł na taki genialny wynalazek, od którego powinno się w ogóle zaczynać, jeśli chce się biegać – marszobieg. Idziesz, truchtasz, znów idziesz i znów truchtasz. Proste, przyjemne. A ja mimo wszystko zbierałam się pół roku.

Jednego dnia przyszłam po szkole do domu, pogoda była śliczna, a trening zrobiłam Betowi dzień wcześniej, więc dyski odpadały. Króciutko wyjaśnię – to nie jest dobre ani dla mięśni, ani dla głowy, żeby codziennie forsować tę samą aktywność. W szczególności tak wymagającą dla psa.
Popatrzyłam na sledy, przeniosłam wzrok na pas biodrowy i wiedziałam. Przebrałam się, chwyciłam słuchawki i wyszłam.
W międzyczasie zadzwoniła do mnie przyjaciółka, więc mój marszobieg, który trwał ponad godzinę, przegadałam. Dzięki temu musiałam brać regularnie oddech (mówienie), a nie jest to takie oczywiste przy wysiłku, gdzie często wdech i wydech tracą rytm.

Wróciłam do domu uradowana, że udało mi się wreszcie zebrać i zrobić to, o czym marzyłam od dawna. Satysfakcja nie do opisania.
A cała sprawa dotyczyła przecież takiej błahostki, jak marszobieg.

Moja bierna aktywność udziela się niestety w dużo większej liczbie pomysłów i marzeń. Paradoksalnie, im bardziej mi na czymś zależy, tym trudniej mi się do tego zabrać.

Potrafię chodzić po domu i mówić jak bardzo chcę zrobić to, pójść tam, poznać tę i tamtą osobę. Pochwalić się znajomym swoimi planami, pomysłami. A potem nie zrobić nic a nic i żałować.

Dlatego ta majówka będzie zdecydowanie inna niż poprzednie – wreszcie po prawie półtora roku znajomości z Magdą z bloga Dzikość w Sercu planujemy wspólną wyprawę! Mam nadzieję, że nie spanikuję i wszystko się uda – wszystkie kciuki mile widziane!

Możliwe, że to ja jestem leniwą bułą i dla Was takie problemy mogą brzmieć absurdalnie. Jednak jest pewne prawdopodobieństwo, niewielkie, ale zawsze, że ktoś z Was też tak miał. Albo co gorsza, wciąż tak ma.
Witaj w klubie!

Ten mój słomiany zapał połączony z dziwną motywacją i bierną aktywnością sprawia, że mam tysiąc pomysłów na godzinę, z których jeśli zrealizuję jeden, to będzie sukces. Dlatego tak dumna jestem z newslettera, który zrobiłam i działa – no dobrze, prawie. W tym tygodniu sama sobie strzeliłam w kolano i przez przypadek usunęłam całość nie zapisując wcześniej nic a nic. Wiem, że brzmi to jak sabotaż, ale tak nie było. Po prostu pech.

Wszystkie takie porażki, i te małe, i te duże, zrażają przed podjęciem kolejnej próby. Mogę ze swojego doświadczenia tylko poradzić, że warto próbować. Czasem się nie uda, a nawet im więcej będziecie próbować, tym częściej poniesiecie porażkę. Ale sumarycznie, tych zwycięstw będzie więcej.

Dlatego jeśli masz jakieś marzenie, to przestań gadać, że a) nie dasz rady, bo wtedy zdecydowanie Twoje słowa staną się prorocze lub b) o tym jak wspaniały jest Twój plan, tylko ZACZNIJ DZIAŁAĆ.
Może się okazać, że jest dużo rzeczy, które możesz zrobić już dziś. Nawet jeśli masz dziesięć lat i chcesz mieszkać w Anglii będąc najlepszym pilotem. Takie marzenia też można spełniać.
Krok po kroku.

Jakiś czas temu zaczęłam pisać opowiadanie, niedługo później pojawił się drugi pomysł na tego typu utwór. Mając już wiedzę o tym, że myślenie bez działania nic nie daje, po prostu pisałam.
I wiecie co?
Da się.

Jak byłam młodsza, chciałam napisać książkę. Teraz siedzę przy laptopie, pisząc wpis na swój własny blog i mocno ściskam tę małą, pulchniutką dziewczynkę. Dzięki niej i jej pomysłom, teraz mogę spełniać marzenia. Stopniowo.