Emocje na wodzy – potrafisz tak?

Mniej więcej dwa tygodnie miałam kryzys. Nie był to taki typowy dołek, brak weny do życia czy gorszy nastrój, tylko taka czarna, bezdenna otchłań.
Nie wpadłam, chociaż mam wrażenie, że tylko jedną nogą stałam na ziemi. Najlepsze jest to, że kilka godzin wcześniej spacerowałam po korytarzu z bananem na ustach i wszystko było w porządku. Zaznaczam, nie okłamywałam wszystkich dookoła udając, że nic mi nie jest – byłam święcie przekonana, że ten dzień niczym szczególnym nie różni się od poprzednich.
Och, jak ja się myliłam…

Skończyły się ferie, podczas których głównie łaziłam z psem po szlakach, górkach, knajpach i tym podobnych, ale gdyby się tak porządnie przyjrzeć to przez dłuższy czas nie miał dysków w pysku. Do tego na każdym kolejnym treningu chciałam wymagać trochę więcej, a przelewając na Beethovena swoją frustrację, że coś nie wychodzi, wcale nie pomagałam. Wręcz przeciwnie, szkodziłam że aż szkoda gadać. Mimo wszystko nie naszła mnie żadna refleksja, że może warto by się było zastanowić skąd się te negatywne emocje biorą. Nie, ja nie wpadam na dobre pomysły na czas. Zawsze jest już po ptokach.

Od zawsze byłam małym foszkiem. Łatwo mnie było zirytować, co skutkowało najczęściej obrażaniem się i sugestywnym okazywaniem niezadowolenia (jak teraz sobie o tym myślę, to musiałam całkiem zabawnie wyglądać zakładając ręce na piersi i tupiąc nóżką…). Miało też to swoje zalety – będąc tak emocjonalną osobą, moja wrażliwość na innych ludzi była większa niż u innych, za co z resztą byłam ceniona.

Z taką emocjonalnością wiążą się też minusy – bardzo łatwo się zżywam z innymi i z reguły nie jest trudno mi komuś zaufać. Niestety, szczególnie na tej drugiej cesze, kilka razy się przejechałam.

Z tego też powodu, gdy pojawił się w moim życiu Beethoven, zaskoczyło mnie wpierw jak ciekawym stworzonkiem jest szczeniak, a później powoli się emocjonalnie scalaliśmy – miałam wrażenie, że jest moją częścią
To nie skończyło się dobrze.

Pies nie jest naszą drugą połową, nie w sposób taki, jak niektórzy to interpretują, bo on nie zastąpi nam drugiego człowieka, nie będzie takim dopełnieniem naszych uczuć. Jest on naszym partnerem, jak w tańcu, tylko że ten styl zwiemy życiem.
Myślenie, że Bet jest taką integralną częścią mnie, doprowadziło mnie do czego doprowadziło. Krótko mówiąc, nie było to zbyt dobre w skutkach.

Przez to, że w pewien sposób traktowałam go jako element mnie samej, czułam się… Oczywiście odpowiedzialna, bo to mój pies, ale to było znacznie więcej. Czułam, że wszystkie jego niedociągnięcia, porażki i problemy są jednocześnie moimi.
A jest to strasznie… Strasznie wyniszczające myślenie. Nie raz, nie dwa miałam taką sytuację, że Bet się rzucił na jakiegoś psa w najmniej oczekiwanym przeze mnie momencie, a mnie w tej samej chwili wbijało się ostrze prosto w przepełnione emocjami serducho.

Traktując problemy Beethovena bardzo indywidualnie, tym bardziej nie chciałam niczyjej pomocy, bo uznałabym to za swoją personalną porażkę. Gdybym poszła na samym początku do jakiegoś mądrego człowieka, zapewne oszczędziłabym sobie wielu problemów, ale oczywiście tego nie zrobiłam.

Na szczęście, od strony psiej, takie błędy właścicieli da się naprawić. Problemy są do odkręcenia. Zreflektowałam się, a jak to mówi stare przysłowie: “Lepiej późno niż wcale”.

Dlatego też chciałabym, żebyście zastanowili się nad tym, jak traktujecie swojego psa. Nie w sensie szkoleń, ale stricte podejścia emocjonalnego. Kim ten czworonóg dla Was właściwie jest?

Oczywiście, Beethoven jest mi bardzo bliski. Siedział przy mnie podczas wszystkich moich wzlotów i upadków, doświadczał mojej rozpaczy, złości, euforii, więc mimowolnie stał się dla mnie ważny, ale wciąż nie oznacza to, że stał się MNĄ. Nie wyobrażam sobie życia bez niego, zajmuje istotne miejsce w moim serduchu, ale sam jest osobnym bytem.
A w tym wszystkim tylko i aż psem.

Świetnym pomysłem jest poświęcenie chwili na zastanowienie się nas emocjami – swoimi i swojego czworonoga. Ja działam jak membrana, co oznacza, że odbieram różne komunikaty od otoczenia i w środku swojej głowy jeszcze je wzmacniam. Czy jest to coś dobrego? Zależy kiedy.
Podobnie działają psy, szczególnie te wrażliwsze i skierowane na pracę z człowiekiem. Każda emocja w nas zostanie zauważona i spowoduje jakąś reakcję. Jeśli od dawna nasza równowaga jest znacznie rozchwiana, mogę zagwarantować, że psy lękliwe będą dużo czujniejsze na spacerach pod kątem “strasznych” obiektów, a reaktywne będą szukać innych czworonogów w celu wyładowania stresu.

U mnie cały problem, do którego chcę dojść i który chcę opisać w tym wpisie, zaczął się stosunkowo niewinnie. Każdy kolejny trening był dla mnie nieco bardziej frustrujący, ale tego nie zauważałam. Przejmowanie się przeróżnymi niedociągnięciami powoli wchodziło mi w krew.

Właściwie trzeba by się cofnąć jeszcze bardziej, do końcówki grudnia, kiedy rozpoczęła się akcja z barkami Beethovena. Oczywiście na sam koniec wyszło, że nic mu nie jest, ale wtedy tego nie wiedziałam, a niewiedza była dla mnie nie do zniesienia. Cała ta kwestia zaprzątała mi głowę niemiłosiernie, co też odbiło się na moich emocjach, co miało wpływ na inne rzeczy i tak w nieskończoność – efekt domina i motyla w jednym.

Przejmowałam się tym zdecydowanie za nadto, bywały takie momenty, podczas których byłam tylko ja i czarna otchłań. Co w niej było? Wyobraźcie sobie najgorsze scenariusze wszystkiego, upchnijcie je w jednym, małym słoiku, dolejcie nieco strachu wraz z niepewnością i wsadźcie w sam środek rozchwianą emocjonalnie. Potrząśnijcie mocno kilka razy i brawo – Wasza domowa otchłań z Zośką w komplecie gotowa.
Nie będę się tu Wam rozpisywać o czym konkretnie myślałam, bo po pierwsze za dużo to do historii nie wnosi, a po drugie część z tych rzeczy była absurdalna i prawdopodobna jak to, że Darth Vader nie jest ojcem Luke’a (spoiler, tak właśnie jest).

Wracając do wątku głównego, od tego momentu moje emocje, które i tak zawsze były wyraziste i potężne zaczęły chwilami przejmować nade mną kontrolę.

Gdy okazało się, że wszystko jest w porządku, mój poprzedni strach i stres zamienił się w wielką euforię – skok z jednego intensywnego uczucia w drugie.

Po tych wszystkich akcjach zdrowotnych okazało się, że de facto wyłączyłam Beethovena ze sportu na miesiąc, jeśli nie więcej. Z zamiarem dania mu czasu i przestrzeni na przełączenie się w ten tryb, założyłam sobie maksymalnie dwa treningi w tygodniu. Nie chciałam wrzucać go na głęboką wodę, tylko że z jednej strony zmniejszałam mu ten wysiłek, a z drugiej… Na treningach stawiałam poprzeczkę wysoko. Ćwiczyliśmy trudne dla Beta elementy fizycznie, jak i psychicznie. Szczerze powiedziawszy trening wyglądał tak, że Beethoven nie wiedział co i jak ma robić, a ja chodziłam i raz za razem podsycałam tylko swoją frustrację.

Niektóre z tych elementów widział po raz pierwszy w życiu na oczy, a ja się na niego wściekałam, że nie robi ich płynnie.
Złościłam się z byle jakiego powodu, czepiałam się najmniejszych błahostek. Zachowywałam się jak taka paskudna osa, żądląca wszystko w zasięgu wzroku na czym/kim potencjalnie mogłabym dać upust moim emocjom.
Czasem byli to ludzie, w większości przypadków moja rodzina, która z resztą powinna wydziedziczyć mnie za ilość negatywnych sytuacji, których byłam sprawcą (mając działający instynkt samozachowawczy tak bym zrobiła na ich miejscu).
W domu często obrywały moje dłonie, gdy zaciskałam pięści z całej siły, wbijając paznokcie w skórę. Przedmioty też nie miały łatwo – głównie moje pluszaki (konkretnie misie) i poduszki.

A kto mógł być ofiarą na treningu? Spacerze?
Tak, dokładnie tak jak myślicie. Niczemu winny Beethoven.
To jest niepodważalny dowód, że on mnie kocha bezinteresownie i bezgranicznie, bo w innym przypadku (kierując się rozsądkiem) po prostu by mnie zostawił.

W żaden sposób nie przekładało się to na moich znajomych czy nawet przyjaciół. W szkole dalej byłam tą pozytywną, wiecznie uśmiechniętą (no dobrze, wyjątkiem jest historia, ale to inna bajka) i zadowoloną z życia Zośką. Co ciekawe, ja nie udawałam. Przebywając w tej grupie, spacerując po korytarzach, nie ukrywałam samej siebie. Byłam pewna, że nic się nie dzieje, stąd też nikomu tego nie sygnalizowałam.
Pewnie powiązane też to było ze stopniem relacji – nawet jeśli mam bliższą sobie osobę w klasie, to nie będę z nią rozmawiać o moich problemach w całej grupie. Jednak mam wrażenie, że główną przyczyną dobrego samopoczucia była mobilizacja. “Jeszcze trzy lekcje i koniec.”, “Dwa sprawdziany i weekend!”. Ciągłe odliczanie, nawet jeśli dobrze czułam się tam przebywając (bo w swojej szkole czuję się dobrze), to tak jak w pracy – chodziłam na najwyższych obrotach, podświadomie wiedząc, że jeśli zwolnię, to mogę nie być w stanie znowu ruszyć.
Tylko fajnie by było, gdyby moja podświadomość to ze mną ustaliła, bo byłam tego nieświadoma.

Gdy wracałam do szkoły, rozluźniałam się, a potworek siedzący wewnątrz mnie zrzucał łańcuchy i wypełzał na powierzchnię. Gdyby tylko się przyglądał, rzuciłabym jedną kąśliwą uwagę czy dwie, ale gdy znudzony zapragnął rozrywki… Kłóciłam się ze wszystkimi o wszystko.
Niestety nieświadoma tego, że demon się budzi, często brałam wtedy smycz w dłoń i wychodziłam z Beethovenem na spacer. Co gorsza, czasami kierowałam się wtedy na trening.

W ułamku sekundy przestawało być śmiesznie. Nie byłam miła.
Nie byłam sprawiedliwa, konsekwentna, nie zachowywałam się w ogóle jak na właścicielkę psa przystało, a w szczególności na taką, która twierdzi, że kieruje się pozytywnymi metodami szkolenia.

Z jednej strony żałuję, ale z drugiej strony żyję według własnej zasady: “Nie żałuj”. Analizuję swoje postępowania dość szczegółowo, wyciągam wnioski, a gdybym jeszcze miała do tego dołożyć żal, czyli kolejne silne uczucie, za to wszystko co zrobiłam źle, to bym nigdy się nie odkopała spod sterty moich chaotycznych emocji.
Dlatego też jest mi przykro, że tak postępowałam, zdecydowanie nie chcę tak kiedykolwiek postępować, ale nie oznacza to, że będę szukała jakiej pokuty czy zadośćuczynienia, ani tym bardziej o wybaczenie błagać nie będę.
Sama sobie wybaczyłam i robię wszystko, żeby nie popełnić tych błędów raz jeszcze, chociaż jest trudno. Bardzo trudno.

No i proszę, wplotłam w tekst swoją kontrowersyjną opinię i jeszcze nikt mnie nie spalił. Całkiem lubię to uczucie.

Odejdźmy na moment od tych treningów, bo po pierwsze nie każdy z psem trenuje i może nie zrozumieć tego odniesienia, a po drugie nie tyko ta część życia z Beethovenem została zainfekowana przez moje negatywne emocje.

Zwykłe spacery.
Przez drugi tydzień ferii Bet miał dość niewielką styczność z psami – byliśmy na wyjeździe w górach i łażąc po miasteczkach raczej schodziłam na bok widząc idącego czworonoga z naprzeciwka. Tak było łatwiej i wygodniej niż wchodzić w jakąś interakcję. A gdy wychodziliśmy w góry na szlak, zazwyczaj spotkanych ludzi mogłam policzyć na palcach dwóch dłoni.
Suma summarum okazało się, że Beethoven przez dłuższy czas nie miał kontaktu z innym psem. W mieście staram się, żeby przynajmniej raz w tygodniu umówić się na spacer z kimś ogarniętym – czy to na wspólne hasanie po łąkach czy przechadzkę na smyczach, a nawet w kagańcu.

Zaowocowało to ciągnięciem do każdego psa na horyzoncie, ponieważ Bet był spragniony interakcji. Niestety kiedy podchodził do obiektu swojego zainteresowania, w wielu przypadkach dochodziło do sprzeczek, co jest dla niego typowe.

Ja się tym niesamowicie frustrowała, bo w tamtym momencie zupełnie nie rozumiałam dlaczego Bet postępuje tak, a nie inaczej.
Zamiast zastanowić się przez chwilę nad jego zachowaniem i spróbować je zrozumieć, kładłam na niego coraz to większą presję. Więcej ganienia, więcej krzyku, więcej negatywnych emocji.
Naciskałam i naciskałam na tego biednego i już wystarczająco zestresowanego psa chcąc uzyskać efekt… Sama z resztą nie wiem jaki.
Generalnie nie miało to zupełnie sensu, bo nawet “nagradzając” Beethovena, presja lała się ze mnie litrami. Myślę, że nawet osoba niewiedząca nic o psach i pracy z nimi zauważyłaby, że coś ewidentnie jest nie tak.
Ale ja nie.

Wtedy zaczęła ogarniać mnie taka otchłań złości, że ten pies jest skończony, już nic nigdy z nim nie zrobię oraz wiele innych pesymistycznych i absurdalnych myśli.

Chwilę później nadeszły moje kryzysy i wtedy zostałam dość brutalnie zmuszona przez swój organizm do przemyślenia kilku spraw.
Jedną z takich kwestii była właśnie moja relacja z Beethovenem. Zorientowałam się, jak wielką hipokrytką byłam. Wymagałam od swojego psa kontrolowania emocji (szczególnie w kontaktach z innymi czworonogami), a później spojrzałam na siebie… I co?
Nie potrafiłam sobie poradzić z własnymi uczuciami, a nawet w pełni ich kontrolować.

To był pierwszy krok, z resztą zdecydowanie krok milowy, żeby się poukładać, poustawiać sobie elementy w głowie na nowo i spróbować je zrozumieć.
Warto dodać, że czasem gdy wpadałam w swoją pętlę frustracji, uświadamiałam sobie jak głupie jest to co właśnie robiłam. Wtedy momentalnie przeskakiwałam z silnej złości w równie intensywny smutek, nieraz w płacz.
W międzyczasie miałam kilka ważniejszych i zdecydowanie emocjonalnych rozmów ze swoimi przyjaciółmi, które dodatkowo zafundowały mi materiał, który mógł mnie nieco obciążać.

Jednego popołudnia, całkiem słonecznego i ciepłego, wzięłam Beta na trening, na którym wymagałam od niego odbić od uda, które zaledwie kilka razy ćwiczyliśmy “na sucho” w domu. Jak możecie się domyślić, połączenie i tak już nieco niestabilnego emocjonalnie Beethovena (tygodniowa presja z mojej strony robi swoje) i mnie wściekającej się o wszystko nie mogło się skończyć dobrze.
I się dobrze nie skończyło.

Zafiksowałam się na tym ćwiczeniu, robiłam je z 20 minut, aż w końcu Bet nie wytrzymał i wybił się krzywo (najpewniej z nerwów), co skończyło się zderzeniem ze mną.
To było apogeum. Noga bolała mnie niemiłosiernie, chociaż nic poważnego się nie stało, zaczęłam wrzeszczeć na Beethovena, chyba nawet cisnęłam dyskiem w ziemię i nie mogłam się uspokoić.
Chwilę później dołączyła do mnie mama, więc wracając z “treningu” udało mi się z nią pokłócić. W pewnym momencie mój organizm miał już dość. Rozsypałam się i zaczęłam płakać.
Wtedy właśnie zaczęło się moje totalne rozchwianie, które trwało przez cały wieczór.

Nie potrafiłam się pozbierać. Ta sytuacja była zapalnikiem do tego wszystkiego, co siedziało we mnie od dłuższego czasu, a teraz nie umiałam odzyskać kontroli.
Może to i dobrze, bo zostałam zmuszona do przeanalizowania samej siebie.
Uświadomiłam sobie, jak wiele błędów, kategorycznych błędów, popełniłam i jak bardzo moja frustracja w połączeniu z jakąś chorą ambicją sprawiła, że to wszystko przestało mieć sens.
Już nie czerpałam przyjemności z tego co robiłam, tylko traktowałam psa w najgorszy możliwy sposób – jako środek do celu, a nie cel sam w sobie.

Oczywiście nałożyły się na to moje emocje, które szczególnie w tym wieku (patrzcie, jestem nastolatką i ma to jakieś znaczenie) gwałtownie się zmieniają. Razem z moją wrażliwością stworzyły ze mnie materiał wybuchowy z utęsknieniem wyczekujący najmniejszej iskierki, która mogłaby go zdetonować.
Takim małym płomyczkiem, który wywołał wybuch, było to popołudnie.

Kolejne dwa dni poświęciłam sobie i swojej głowie, żeby zrozumieć, a przynajmniej spróbować, co się właściwie stało i wciąż we mnie dzieje. Szukałam rozwiązań, sposobów na poradzenie sobie z tym.

W końcu doszłam do wniosku, że da się to jakoś poukładać. Z pewnością zwrócę się do specjalisty w sprawach ludzkich główek, ale są też rzeczy, które mogę robić na co dzień. Z pewnością takim rozwiązaniem było stworzenie tego wpisu, ponieważ pisząc o czymś ustawiam sobie to w głowie w dany sposób i akceptuję, że tak się dzieje. Prócz tego postaram się wrócić do medytacji, chociaż tych kilku minut dziennie, żeby spojrzeć w swoje myśli i emocje. Znów chodzę regularnie na basem, a u mnie od najmłodszych lat ruch pomagał się uspokoić. Mam jeszcze kilka innych pomysłów, ale zobaczymy co z nimi ostatecznie zrobię.

Dlatego też każdemu, ale to każdemu (niezależnie od płci, wieku, problemów lub ich braku, statusu społecznego, pracy czy jakiegokolwiek innego kryterium) polecam zrobić sobie taki dzień dla siebie. Nie chodzi mi o spa lub odprężenie w łóżku, chociaż oczywiście jest to też bardzo ważne, żeby znaleźć chwilę na odpoczynek i relaks, ale żeby zajrzeć wgłąb siebie.
Usiąść lub położyć się w ciszy (zależnie co wolisz) i otworzyć się, ale nie przed kimś innym, tylko przed samym sobą. Przyznać się do wszystkich błędów oraz porażek, uświadomić sobie swoje emocje i nacieszyć się swoimi zwycięstwami – tymi większymi, ale też mniejszymi.
Pozwolić uczuciom i myślom płynąć, a przede wszystkim zobaczyć co tam w środku nas samych siedzi, bo czasem możemy się bardzo zdziwić lub zaskoczyć.
Im dłużej będziemy to trzymać w sobie, tym gorszego potworka wyhodujemy. A przecież możemy się nim zaopiekować i przekształcić w najlepszego przyjaciela.

Moi drodzy, jesteśmy jedynymi osobami, z którymi pisane nam jest spędzić całe życie. Wiem, że trudno uczyć się na cudzych błędach, ale mam nadzieję, że po przeczytaniu tego wpisu coś Wam w głowie zostanie.

Dbajmy o siebie. Warto.