Dbajmy także o siebie – zdrowie nasze i naszych psów

“Zdrowia, bo to właśnie zdrówko jest najważniejsze” – kto nie słyszał takich życzeń urodzinowych/imieninowych/świątecznych/jakichkolwiek innych, niech pierwszy rzuci kamieniem.
Co ciekawsze, ta formułka, choć oklepana, jest w dużej mierze prawdziwa. W końcu gdy nie ma zdrowia, to co nam pozostaje? Nadzieja, ale o jej śmierci bądź braku jest inne przysłowie.
Dzisiaj chciałabym się skupić na tym, jakie jest podejście do kwestii zdrowotnych naszych czworonogów, a jakie do sprawności nas samych.

Jestem osobą, w której życiu sport obecny był od najmłodszych lat. Amatorsko, jako zawodnik, hobbystycznie – różnie. Ale zawsze przy tym regularnie badałam się i sprawdzałam, czy wszystko jest w porządku.

Od ponad sześciu lat rok w rok mam pobieraną krew i sprawdzany mocz. EKG robione mam co sześć miesięcy, podobnie jak ogólną ocenę sprawności. A Wy? Jak często robicie sobie przegląd?

Uderzyło mnie to, kiedy zdałam sobie sprawę, jak bardzo troszczę, a właściwie troszczymy się, o swoje pupile. Jeśli chcemy zacząć trenować którykolwiek ze sportów kynologicznych, standardem są liczne prześwietlenia.
Czy to przesada? Nie w mojej opinii.

Kiedy przygotowywałam prezentację o dogfrisbee dla mojej obecnej klasy w liceum, wypisywałam sobie główne punkty, żeby nie pogubić się w tym, o czym chcę opowiedzieć. Pamiętam, że ważną kwestią przeze mnie poruszaną było właśnie zdrowie. Porównałam wtedy aktywnie trenującego zawodnika, startującego we freestyle’u do profesjonalnego piłkarza lub kolarza.
Celowo nawiązuję do profesjonalnych sportowców, bo to, co wymagamy od naszych psów w sportach kynologicznych (jeśli trenujemy, a nie bawimy się hobbystycznie) znacznie wykracza poza “kopanie piłki na boisku z kolegami”.
Dlaczego naciskam tu tak bardzo na freestyle? Ponieważ to właśnie w tej konkurencji pies jest najbardziej obciążony wykonując poszczególne figury. Niezbyt długi dystans, raz na jakiś czas, można sobie rzucać nawet z nie do końca zdrowym pieskiem, jeśli ma z tego frajdę 😉
Nasz czworonóg działa wtedy na najwyższych obrotach – dlatego tak ważne jest, żeby nie było żadnych przeciwwskazań fizjonomicznych.

Zoofizjoterapeuci mają pełne ręce roboty, często właśnie za pomocą masaży i terapii manualnych pozwalamy psom regenerować się po sezonie.
A my? Ludzie?

Jakiś czas temu natrafiłam na tekst Ady o tym, że my, ludzie, jesteśmy równie ważni w tym naszym międzygatunkowym duecie. Wspomniała tam nieco o zdrowiu i rozgrzewce, ale chciałabym rozszerzyć ten temat.
Pamiętam, że jak zobaczyłam ten wpis, to się uśmiechnęłam. Pierwszy krok do bycia świadomym swojej wagi w tym wszystkim.

Mam kilkoro znajomych, którzy najprawdopodobniej nigdy nie będą mogli trenować na poważnie czegokolwiek, bo ich kolana nie są do tego zdolne. Wady postawy to codzienność. Nie umiemy siedzieć, stać, chodzić a nawet leżeć. Dlaczego? Bo nikt nas tego nie uczył, nikt od nas tego nie wymaga – nawet my sami.

Chcę być fizjoterapeutą, pomagać tym, którzy w swoim życiu napotkali przeszkodę w byciu sprawnym. Kiedy widzę osoby strzelające sobie same w kolana (dosłownie i w przenośni) to nóż mi się w kieszeni otwiera.
Coraz więcej mówi się o swoim zdrowiu psychicznym, osoby z problemami nie boją się skierować do specjalisty. Ale co z naszym fizycznym “ja”?

Miałam przez lata wadę postawy, z której wyszłam, teraz muszę pilnować się, żeby znowu się nie “wykrzywić”. Mimo wieloletnich badań, dopiero po dłuższym czasie ktoś zauważył, że moje płaskostopie jest dziwne. Ćwiczę, a przynajmniej się staram, bo wiem, że nawet małe odchylenia od normy w jednym miejscu, mogą spowodować urazy w innym.

Kogo nie spytacie, zazwyczaj powie Wam, że na coś choruje. Że ma z którymś z organów problem.
Nie na wszystko mamy wpływ, chociażby na mutacje dziedziczne, ale skoro możemy zatroszczyć się o samych siebie w przynajmniej jakiejś części, czemu by tego nie zrobić?

Na rynku dostępnych jest wiele zajęć, wykładów dotyczących wzmocnienia naszych mięśni albo zrozumieć przyczyny naszego bólu. Kogo nigdy nie bolał krzyż? Chyba tylko dzieci.
A wiecie, że w wielu przypadkach wystarczy tylko świadomość prawidłowego ustawienia miednicy? Oznacza to kilka ćwiczeń z typu “zero potu” i korygowanie swojej postawy na co dzień. To naprawdę nie jest trudne i czasochłonne.

Ból nie jest normalny. Jeśli po wysiłku boli nas kolano, biodro, bark to nie oznacza to dobrego treningu. “Jak boli to znaczy, że działa” – na amatorskim poziomie takie rzeczy nie powinny mieć miejsca. Rzeczywiście, kiedy pójdziemy na zajęcia z trenerem lub fizjoterapeutą, może sprawdzić nasz stan i zalecić ćwiczenia, które będą wiązały się z niedużym dyskomfortem.
Wciąż jednak nie oznacza to, że ból jest częścią treningu.
Zakwasy to mikro-urazy wynikające najczęściej z braku rozgrzewki, rozciągania po wysiłku lub narzucenia sobie zbyt dużego tempa/ciężaru na start.

Nie jestem profesjonalistą, ale nie muszę nim być, żeby o siebie dbać.
Wy też.

Doceniam i rozumiem, że troszczymy się o nasze psy. Ale nie popadajmy w hipokryzję, biegając lub dzwoniąc do weterynarza z zadraśnięciem, a tym samym już kolejny tydzień kulejąc, bo “to przejdzie”.
Nie przejdzie. To tak nie działa.

Oczywiście, mogą się odezwać osoby twierdzące, że co ja wiem, przecież brak mi wykształcenia i doświadczenia. Oczywiście, mają one rację.
Mam natomiast jedno. Własny rozum.

W obecnych czasach mamy na świecie wiele niedożywionych osób czy też nawet umierających z głodu. Z drugiej strony, popularnym widokiem na ulicy są ludzie z nadwagą. Więcej, otyłością.
Tak, wiem, że czasem jest to spowodowane chorobą bądź przyjmowanymi lekami. Nie chcę, żeby wszyscy mieli sylwetki wprost z magazynów, bo w końcu chodzi o to, żeby się ze sobą dobrze czuć. Ale kiedy mija mnie, dajmy na przykład mężczyzna, którego kolana wydają z siebie takie jęki, żeby utrzymać go na nogach, a kręgosłup niebezpiecznie chybocze się na boki, zastanawiam się, czy ta osoba jest w stanie powiedzieć: “wiem jak wyglądam i dobrze mi z tym”.

Dieta wpływa na nasze zdrowie równie bardzo jak styl życia i aktywności przez nas podejmowane. Nie będę udawać świętej, dzisiaj na raz wrzuciłam w siebie dwa paski czekolady, w której zawartość cukru zapewne wystarczyłby mi na długie godziny. Uwielbiam słodycze, dodatkowo jem ich dużo i niekoniecznie najzdrowsze z nich.
Ale też wiem, jak mój organizm na to reaguje. Wiem, na jakie dawki mogę sobie pozwolić. “Wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną” – wszystko zależy od ilości.
Oczywiście nie zachęcam do maniakalnego pochłaniania kakaowych wyrobów, ale wzywam do bycia rozsądnym. Tylko tyle i aż tyle.

Kolejny ważny element to ruch. Wszędzie widzę nowe siłownie, kluby fitness i grupy wspólnie coś ćwiczące. Z drugiej strony są osoby, które piechotą idą do metra/autobusu/tramwaju/samochodu i na tym kończy się ich aktywność w ciągu dnia.
Można by to nazwać popadaniem ze skrajności w skrajność, ale to pokazuje też dość dobrze rozwarstwienie społeczne – co dla kogo jest ważne i kogo na co jest stać.

Nie jestem zwolenniczką piramidy żywieniowej, bo można z jej układem i podziałem polemizować, ale nawet w tej prostej wyklejance pokazywanej przedszkolakom uwzględniony jest ruch.

Ostatnio zastanawiałam się, skąd mam właściwie dość dobrze rozwinięte mięśnie nóg. Doszłam do wniosku, że nie robię nic wyjątkowo rozwijającego, nawet nie ćwiczę regularnie.
Przypomniałam sobie wtedy słowa: “Chodzenie jest najdoskonalszą formą ruchu”. Wszystko stało się jasne.
Z psem spaceruję dużo i w szybkim tempie. Nie robię kilkunastu kilometrów dziennie, często jest to około pięciu i to już po wliczeniu trasy do szkoły.
Są też takie dni, kiedy wieczorem nie mam siły wstać i jedyne co robię, to runda po okolicznym skwerku.
Ale czasem budzę się i czuję, że to będzie dobry dzień na spacer. Wtedy żaden dystans nie jest mi straszny.
Dzięki mojej podstawówce i przeszłości sportowej, od zawsze ruch pozwalał mi się odprężyć, oczyścić głowę i uspokoić. Dlatego teraz, mimo że z bieganiem się trochę pokłóciłam, planuję marszobiegi.

Miłość do sportu jest dla mnie równie naturalna co miłość do zwierząt.

Prócz samego ruchu, ważne jest przygotowanie do niego i rozciągnięcie po – oczywiście gdy mówimy o czymś ambitniejszym niż kilkunastominutowy spacer po okolicy 😉 Mam dobre cztery strony notatek o tym, dlaczego rozgrzewka przed treningiem i tzw. “cool down” po są tak ważne.
O tym nieco napisała właśnie Ada, której tekst podlinkowałam wcześniej.

Przy dogfrisbee dość łatwo to zauważyć, bo przed startem rozgrzewamy psa, a sami najczęściej zdenerwowani kręcimy się w kółko. Nie ma porządnego przygotowania mięśni do pracy – szczególnie gdy mamy zamiar rzucać dalekie odległości.

Takie chociażby pomachanie rękoma, zrobienie kilku skłonów i ćwiczeń, które pamiętamy z naszych szkolnych wf-ów może zapobiec kontuzji lub/i przeciążeniom, które później przypominają nam o naszym niedopatrzeniu dość skutecznie.

Spróbuję nieco zebrać to wszystko, co napisałam do tej pory, w jedno.

My, jako ludzie, mamy tendencję do popadania ze skrajności w skrajność. Każdą wolną godzinę spędzamy na siłowni albo unikamy ruchu jak ognia. Badamy swoje zwierzaki od góry do dołu, kiedy krzywo na nas spojrzy lub mimo kulawizny występującej przez dłuższy czas, zostawiamy to mówiąc: “To pies, wyjdzie z tego”. Szukamy po forach zdrowotnych czego objawem może być plamka nie większa od główki od szpilki albo mimo nawracającego bólu kręgosłupa nie robimy z tym nic, obarczając winą nasz wiek (bo w końcu mając prawie trzydzieści lat, trzeba się zacząć sypać).

Nie chcę, żeby powstał jeden ideał – wzorzec tego, jak powinniśmy wyglądać i się zachowywać. Każdy z nas jest wyjątkowy, więc siłą rzeczy nie da się ustalić normy, do której pasować będę i ja, i Pani Basia spod siódemki i Bartek z równoległej klasy.

Ale to też nie jest wymówka dla zaniedbywania samego siebie. Nie bez powodu mówi się, że “w zdrowym ciele zdrowy duch”, bo naszej głowie z pewnością jest łatwiej, kiedy organizm nie wysyła tysiąca wiadomości dotyczących tego, że coś nie działa tak, jak powinno.
Inwestujemy w psychologów, literaturę dotycząca samorozwoju i spojrzenia wgłąb siebie.

Dlatego też nie skąpmy na naszym zdrowiu. Mamy tylko jedno.