Mój pies ma problem – a może jednak ja?

Z każdym kolejnym wpisem, bo nie ma co ukrywać, że to właśnie one przyciągają nowe osoby, przybywa wyświetleń i stojących za nimi czytelników. W moich podstawowych założeniach wyraźnie zaznaczyłam, że ważne jest dla mnie pokazywanie świata takim, jakim jest.
A Beethoven przejawia zachowania agresywne do części psów.

Bezpośrednio, brutalnie, acz szczerze. Nie chcę Wam mówić, że jest idealnie, bo nie jest.
Warto jednak wspomnieć, że mówię o życiu szczerze, ale staram się przypominać o obecności tej jasnej strony mocy. W końcu nie okrzyknęłam się optymistką bez powodu.

Po co ten przydługi wstęp? Żeby opowiedzieć pewną historię.

Przeszłość

Wyobraźcie sobie beztroską mnie i odejmijcie ponad trzy lata. Brawo, to ja z 2015 roku, kiedy to w moim domu zawitać miał Beethoven.

Nie jestem pewna czy część faktów nie przedstawiłam już w innych wpisach, ale jeśli jako czytelnik masz wrażenie deja vu to bardzo przepraszam. Mi też się zdarza powtarzać.
Moim celem nie jest opowiadanie teraz całej historii odnośnie pojawienia się Beta w moim życiu, tutaj chętnych przekierowuję do tego wpisu.

Tym razem skupimy się bardziej na mnie. Kiedy szczeniak zawitał w progu, podbiegła do niego świeżo upieczona gimnazjalistka ze śmieszną wiedzą i wielkimi marzeniami. Nie oznacza to, że żałuję decyzji o kupnie psa, wręcz przeciwnie. Chciałabym tylko podkreślić, że mojemu doświadczeniu kynologicznemu bliżej było do zera niż jakiejkolwiek innej liczbie.

Posłuchanie nienajmądrzejszego weterynarza poskutkowało miesiącem bez spacerów dalszych niż 500 metrów od domu i ograniczonym kontaktem z psami. Później w wyniku mojej niewiedzy nie zapewniłam Beethovenowi odpowiednich kompanów na spacery, przez co niejednokrotnie oberwał od psów, czasem dość poważnie.

Pojawiła się agresja wobec części psów.

Próbowałam to ratować, bagatelizować, pracować nad tym – niezbyt dużo udało mi się osiągnąć. Do czasu.

Teraźniejszość

Sytuacja zmieniła się, kiedy paradoksalnie… nieco odpuściłam. Przestałam się aż tak stresować i gdybać, a bardziej obserwować i ufać.

Oczywiście nie sprawiło to, że problem zachowań agresywnych minął. Nadal pozwalam Betowi biegać luzem tylko pod moją kontrolą, a z większością psów wita się będąc na smyczy.

Zauważyłam jednak, że gdy pies zaskoczy nas, więc ja nie zdążę się zestresować i nakręcić psa, to często jest… lepiej. Bet zaczął myśleć w wielu przypadkach. Ale oznacza to, że ja mu daję przestrzeń na to ruszenie zwojami.

Kiedy widzę psa z naprzeciwka, przechodzę na drugą stronę ulicy. Biegające luzem psy dopuszczam do kontaktu z Beethovenem tylko wtedy, gdy ich ciało nie krzyczy “Dopadnę, zabiję i zjem”. Jeśli widzę takich agresorów, najlepiej działa zawrócenie (jeśli jesteśmy na tyle daleko), bo po kilkunastu sekundach dzieląca nas odległość jest bezpieczna dla wszystkich. Niestety rzeczywistość jest różna i nie zawsze się da. W takich sytuacjach staram się sama zatrzymać napastnika, złapać za obrożę i zwrócić właścicielowi – dzięki temu, patrząc mu na ręce, mogę być pewna, że karabińczyk od smyczy został zapięty.

Prócz tego spotykamy się z czworonogami na spacery. Różnymi.
Suczki, młode samce, szczeniaki – wszystkich chętnych zawsze zapraszamy. Czasem są to radosne gonitwy pełne zabaw, ale także równoległe przechadzki na smyczach. Śmieję się, że w pierwszym typie mięśnie Beta wystawiane są na próbę, ale to w tych drugich mózg mu paruje 😉

Przyszłość

Aktualnie zbieram środki na spotkanie z Tomkiem, o którym pisałam więcej chociażby w ostatniej śmietance. Zbliżam się do punktu, gdy nie mogę sama osiągnąć nic więcej przez brak wiedzy i doświadczenia. Chcę spotkać się z profesjonalistą z prawdziwego zdarzenia, żeby rzucił okiem na te moje nerwy na czterech łapach. Bo wiem, że on może więcej. I chcę mu pomóc w byciu lepszym.

Prócz tego dalej chcę zabierać Beta na spacery socjalizujące, choćby mózg miał mu się rozpuścić. Z drugiej strony nie robię z niego “głupka” wrzucając go w sytuacje najzwyczajniej dla niego za trudne. Oczywiście nie jest łatwo wyczuć momentu, w którym wyzwanie zamienia się w zbyt dużą presję, ale staram się jak mogę.

Tak to wygląda z perspektywy dość klasycznej. Ale co by było gdyby spojrzeć na to nieco inaczej?
Mianowicie od strony psa. Oceńmy przewodnika.

Niekonsekwentna. Wymagająca rzeczy, których wpierw nie wytłumaczyła odpowiednio. Wybuchowa. Impulsywna.

Czy osoba tak opisana jest godna zaufania? Wątpię.
A jednak jestem to ja.

Wiecie po co jest ta cała historia? Żeby zburzyć nieco tę idealną wizję blogerów. Bo fakt, że opisuję swoje życie i przemyślenia w internecie, nie sprawia, że moje problemy znikają. Chciałabym.
W pierwszym akapicie całego wpisu napisałam, że na swoim blogu staram się pokazywać świat jakim jest. Dlatego też nie tuszuję swoich wad, nie ukrywam błędów.

Jednak wspomniałam o jasnej stronie mocy. W końcu pozytywne nastawienie jest równie ważne w moim życiu, co szczerość. Dlatego też przyjrzyjmy się sprawie po raz trzeci i ostatni.

Niekonsekwentna = przeszłość. Wyciągająca wnioski = teraźniejszość.
Wymagająca rzeczy, których wpierw nie wytłumaczyła odpowiednio = przeszłość. Umiejąca wziąć głęboki oddech i podejść do tematu raz jeszcze = teraźniejszość.
Wybuchowa = przeszłość. Wspierająca = teraźniejszość.
Impulsywna = przeszłość. Starająca się być lepsza = teraźniejszość.

Każdy z nas popełnia błędy. Dlatego też kwestia: “Mój pies ma problem czy ja?” pozostanie przeze mnie nie do końca rozwiązana.
Ciężko pracuję, żeby wynagrodzić Beethovenowi błędy, które popełniłam w przeszłości, a w szczególności te na początku naszej wspólnej przygody.
Powyższe zestawienie cech jest metaforyczne, bo nie wszystkie te wady są moją przeszłością. Z większością z nich zmagam się po dziś dzień, ale bogatsza jestem o wiedzę. Wiem, że mam z nimi problem. A wiedząc, jesteśmy w stanie zdziałać dużo więcej.

Nie ma ludzi i psów idealnych, ponieważ samodoskonalenie jest częścią naszego życia.
Nie mówmy, że nasz pies “tak ma i tyle”. Że “my tak mamy i nic nie da się z tym zrobić”. To do niczego nie prowadzi.
Są cechy, których nie zmienimy. Te należy oszlifować i zaakceptować. Natomiast na większość z nich jesteśmy w stanie wpłynąć. Może niekoniecznie obrócić o 180 stopni, ale nieco zmienić.

Nie marnuj życia, bo stojąc w miejscu nie tylko nie robisz kroku naprzód, ale zostajesz w tyle.