Podróże z Psem | Życie z psem

Chillout, góry i pies na stopach – Bieszczady z czworonożnym

Maj 25, 2017

Mówią, że należy żyć dniem dzisiejszym, a nie wczorajszym, ale do pięknych chwil warto wracać 😉 Tak więc wprowadzam Was do świata pełnego spokoju, niezaplanowanych tras wycieczek i zerowego pośpiechu <3

Dlaczego Bieszczady?

W tym momencie jest to już chyba tradycja/sentyment/grupowe uwielbienie. Właśnie w Bieszczadach jesteśmy co najmniej raz w roku na 3-5 dni, bo czemu by nie? <3

Podróż

Na majówkę wybraliśmy się w dwa samochody – my i nasi znajomi. Wyjechaliśmy specjalnie w piątek dosyć wcześnie, żeby nie stać w korkach. Niestety nie zawsze wszystko idzie po naszej myśli… Tak oto w ten sposób nasza podróż trwała prawie 8h. Jejjj.

Ileż to tak można…

Chata

Gdzie właściwie dojechaliśmy? Do przytulnej Chaty w Prełukach 😀

 

No przecież idealnie <3

 Miejsce z zewnątrz wydawało się dosyć przyjemne, ale gdy weszłam do środka…oniemiałam. Jeśli kiedykolwiek myślałam o tym, jak wygląda dom osoby mieszkającej w Bieszczadach, to to jest właśnie on.

Miejscówka

Zdjęcie przedstawia pokój, w którym spałam z psem i bratem. Piesek miał klateczkę rozłożoną pomiędzy naszymi łóżkami (perfekcyjnie weszła, było jeszcze obok na pół stopy 😉 ), a rzeczy trzymaliśmy w tym kredensie. Właściciel chyba czekał na mnie, bo te niebieskie wykończenia trafiają idealnie w mój gust <3

Skoro pojechałam tam z psem, to musi być to miejsce psiolubne przecie. Ale należy też rozróżnić miejsce akceptujące psy, od miejsca, które je tam zaprasza! To są ludzie, którzy sami mają 3 psy. Setka – kundel, młoda dominująca suka, Lutek – kundel, młody zabawowy facet, ale też stosunkowo dominujący oraz Abi – starsza labradorka, spokojna, nikomu nie przeszkadza.

Tu od lewej widać Lutka, Setkę i Beta 😉

Dzień 1

Pierwszego dnia naszego pobytu obudził mnie mój wredny kundel, więc trzeba było założyć kurtkę i wyjść na dwór. Oczywiście czym był by spacer bez rewolucji – na posesji mieszkają dwa konie, stado kóz, kura, gąsior i kilka kaczek. Na widok kóz Bet zamarł. Zastanawiam się do teraz, co on musi o nich myśleć. Tak więc konie. Hasają sobie po łące ogrodzonej taśmą. Pod napięciem. Jak mogło się to skończyć? W tylko jeden sposób. Z chaty można było usłyszeć głośne skomlenie i mój krzyk. Mogę Wam poręczyć, że w kolejnych dniach między Beethovenem a taśmą musiał być odstęp minimum 10 metrów.

Po pysznym śniadanku (jest tam kuchnia z kuchenką, tosterem, czajnikiem i wieloma innym dobrami <3) wybraliśmy się na przejażdżkę rowerową z naszej chaty w stronę Duszatyna. Jechaliśmy asfaltem, po czym zobaczyliśmy…bród. Przez środek drogi płynie rzeka. Bo może. Ale my się nie poddajemy, rozglądamy się za jakimiś opcjami. I uratował nas most kolejowy 😛 Nie mam pojęcia od kiedy nie jest używany, ale na pewno dłuższy czas.

Takie tam foteczki… Skupcie się na psie i widoku 😛

Ale my nie damy rady? („Trzymaj piwo i patrz!„) Damy! Tak więc podróżowaliśmy całkiem sporą część drogi wzdłuż lub na torach 😛 Tory oczywiście musiały być tuż na granicy ze sporym spadkiem („Ło matko, ja bym nie chciała spaść!„) Przecież ja nie byłabym sobą gdybym się nie zsunęła. W taki oto sposób wylądowałam na drzewie z rowerem w garści, plecami do sporego spadku. Yay. Emocje gwarantowane.

Jadąc lub mówiąc dokładniej tocząc się po torach dojechaliśmy na kolejny rozstaj. Bród po lewej, lub zalana łąka po prawej. Bród prowadzi do domu. Ale jeśli przez niego jakoś przejdziemy to czekają nas kolejne dwa. Raczej nie wrócimy susi. Więc co zrobiliśmy? Pojechaliśmy przez bród. Jeśli będziesz jechał z dobrą prędkością, ale nie za szybko, bo się wywrócisz, to jest szansa że dotrzesz w jednym kawałku na drugą stronę.

Spokojnie, jestem w jednym kawałku, reszta familii też, a pies był uradowany. Przejechaliśmy przez wszystkie trzy z mottem: „Im szybciej będziemy w domu, tym mniejsza szansa że się przeziębimy przez przemoczone buty!”. Tak było. Tego dnia nikt nie zachorował, więc chyba sukces jest 😉

Chory nikt nie był, ale jak wróciłam, zjadłam i położyłam się na łóżku, to nie za bardzo była opcja żeby mnie wywlec. Ale mama namówiła mnie na spacerek („spokojnie, maksymalnie 30 minutek 😉 „). Przeszliśmy się w stronę Komańczy szlakiem prowadzącym przez las. Wchodzimy, trochę mokro i błotniście, ale fajnie. Nagle widzimy przed sobą zwalone drzewa. I gałęzie. Dużo. Obok jest sporo śladów po ciężkim sprzęcie. I wszystko jasne! Wycinka na szlaku! Normalka! Jesteśmy już w połowie, więc nie będziemy się przecież cofać. Idziemy dalej, jest coraz zabawniej, błotko nie ma granic. Zamiast normalnych kroków można się ślizgać jak na łyżwach. Schodząc już ze szlaku (po drugiej stronie wzgórza) widzimy tabliczkę –  WYCINKA DRZEW. Serio? A na tabliczkę z drugiej strony pieniążków nie starczyło?

Z wycieczki 30 minutowej zrobiła się 2h, ale co tam! Dla takich widoków warto 😀

Dzień 2

No i się znowu zaczęło. Jestem chora! Znowu. Ktoś mi może wyjaśnić, dlaczego żadnego wyjazdu nie mogę spędzić bez przeziębienia? Niemcy – przeziębienie, Bieszczady – przeziębienie, zielona szkoła – podziębienie. Kumulacja niczym w Lotto! Chyba 1,5h spędziłam w łóżku leżąć i podsypiając.

Ale, nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło! Około 14, kiedy ze mną było troszkę lepiej, zaczęło się rozpogadzać! Trzeba korzystać,  zapakowaliśmy się w samochody i raz, dwa, trzy byliśmy przy wejściu na szlak do Łopienki – mieści się tam cerkiew. Dreptamy sobie, łazimy.

No przecie mówię, że pogoda wspaniała! <3

Połaziliśmy, powzdychaliśmy jak piękne są te okolice:

Bałdzo <3

I zaczęliśmy się zbierać. Była już 17-17:30 i nasze brzuchy zaczęły wołać. Pojechaliśmy do Cisnej, żeby choć raz w ciągu całego wyjazdu zjeść coś na mieście. Pies padł w bagażniku i tam też został. Otwieramy drzwi Siekierezady i co widzimy? Mnóstwo ludu! Zajmujemy stolik (ledwo się udało) i patrzymy w menu. Jest już 18:30-19. Ślinka leci, zamawiamy! Ale, ale, tak prosto nie jest. Jak się okazuje, zanim zamówiliśmy, minęło 30 minut (jak ja uwielbiam kolejki), a zanim dostaliśmy nasze jedzonko minęła kolejna godzina. To je przecie 20! Nic nie jedliśmy od 12 (nie licz kilku herbatników i chyba banana)! Proszę się ogarnąć! Jedyne usprawiedliwienie Siekierezady to niedziela i pyszne żarełko (na serio <3 ).

Do domku wróciliśmy lekko (bardzo) sfrustrowani, ale najedzeni, o 21. Yay!

Dzień 3

Tego dnia ze mną było już lepiej, a pogoda dopisywała. No to rowerki w garść i lecimy!

Pojechaliśmy zostawić samochód w Nowym Łupkowie, bo schronisko w Łupkowie czekało na podbicie. Rowerki z dachu, obcisłe ciuszki kolarskie na siebie i pies na pałąk. Jedziemy! Trasa bardzo przyjemna, do przejechania/przejścia niezależnie od umiejętności. A schronisko? Na końcu świata 😉 Nie żartuję.

Schronisko raczej w typie – mamy wrzątek, kuchenkę, częstuj się!

Bo siano jest super <3

Zjedliśmy ciastka, które mieliśmy, wypiliśmy herbatkę i ruszyliśmy dalej 😉 Chcieliśmy przy okazji zobaczyć prawie nieużywany tunel kolejowy na granicy ze Słowacją.

Jestem za! Lubimy takie końce świata!

Znów droga nie była prosta przez cały czas. Do stacji było fajnie, wszystko pięknie, przyjemnie się jedzie.

Oto stacja. Jedzie z niej raz dziennie pociąg 🙂

A oto ja bezczelnie siedząca na środku torów przy stacji 😛

Od tego momentu jechać było ciężej. Nierówności, turbulencje, żaden problem. Przecież dojechaliśmy, c’nie?

Ja tam nie wiem co to za 3. Może tyle razy przejechał tędy pociąg? 😀

Tunel ciemny, całkiem przyjemny. Ale echo niesamowite 🙂 Masz wrażenie, że gadasz ze sobą, a zarazem ty odpowiadasz sobie trochę później :P. Fajne, polecamy 😉

Niestety całkiem spora ilość asfaltu przez te 3 dni dała o sobie znać. Bet miał uszkodzony opuszek. Na tyle mocno, że kulał na tą łapkę :/ W związku z tym zostałam z nim w domu do końca dnia (nie licząc spacerów typowo fizjologicznych).

Dzień 4

Bet z rana chodził już trochę lepiej, ale nie chcieliśmy go bardziej nadwyrężać, więc wybraliśmy się na pieszą wycieczkę 😉 Ruszyliśmy z Komańczy, idąc przez miasto:

Za dużo słoneczka, coś zaczęło mi odbijać 😛

Musieliśmy się dostać na drugą stronę miasta, gdzie znajduje się śliczna cerkiew:

Paczcie jaka ładna pogoda i Bet na majestatycznym murku <3

Stąd zaczęliśmy właściwą wędrówkę na Wahalowski Wierch. Słoneczko świeciło:

 

Cieeepłoooo

Dreptaliśmy w górę, na początku po wzgórzu odkrytym, później przez las. Widoki towarzyszyły nam przez całą podróż:

Ach <3

Pięliśmy się w górę, aż doszliśmy…na halę. Dużą. Pustą. Piękną <3 Po drodze spotkaliśmy dwie rodziny 😉 A co było dokładnie widać? Zobaczcie:

Oto my na szczycie 😀

To znowu my w swoim naturalnym środowisku 😉

Pooglądaliśmy, powzdychaliśmy i zastanowiliśmy się nad sensem naszej egzystencji, po czym zaczęliśmy schodzić. Złapał nas deszczyk po drodze, ale było na tyle ciepło, że nie był to duży problem. Cała wycieczka włącznie z przesiadywaniem na sianku na samej górze zajęła nam 5-6h (tyyyyle widoczków było, to nam zeszło 😛 )

Wieczór spędziliśmy w towarzystwie gospodarzy wcinając kiełbaski z ogniska i pyszne ciasto ręcznie robione (mniam <3). Ja zaczęłam się z psem zwijać dosyć wcześnie, bo zaczęły mnie muszki zjadać, a pies padał ze zmęczenia i wielu wrażeń.

Dzień odjazdu

Około 10 mieliśmy większość manatków zapakowanych, a sami byliśmy gotowi do odjazdu. Żegnajcie Bieszczady, witaj Warszawo!

No i koniec! To były magiczne 4 dni, spędzone w jak najlepszym miejscu z świetnym towarzystwem. Zdecydowanie jeszcze wrócimy w Bieszczady, bo czuję, że to nasze miejsce.