Ciepła historia noworoczna

Ciepła historia noworoczna

Mam wrażenie, że w kwestii życzeń noworocznych nie odkryję już Ameryki – większość zostało powiedziane, napisane i przekazane. Dlatego dziś mogę jedynie opowiedzieć historię, która przydarzyła mi się tuż przed świętami, a z której może wynieść coś każdy z nas.

piórko - bthegreat.pl

W tygodniu przedświątecznym wybrałam się do popularnej warszawskiej galerii handlowej „Złote Tarasy”. Sam ten pomysł zwiastował ciekawe popołudnie, bo jak wiadomo, znalezienie się w tym miejscu w tym czasie oznaczało niekoniecznie magię świąt, a tłumy, zgiełk i nadmiar bodźców. Z tego powodu, po przetrwaniu pierwszej godziny w tej jakże uroczej scenerii, uciekłam na najwyższe piętro, gdzie mieszczą się przeróżne fast foody i inna gastronomia. Nie tylko ja chciałam odpocząć przy ulubionych frytkach, więc po złożeniu zamówienia zaczęłam rozglądać się za wolnym miejscem. O pustym stoliku mogłam zapomnieć, więc po chwili analizowania możliwych opcji, padło na niewyglądające na zajęte krzesło obok Starszej Pani. Po zgodzie na dosiąście się, usiadłam i czekałam na swój posiłek. Gdy tak zanurzona w przeróżnych myślach biegałam wzrokiem po losowych przedmiotach i twarzach, z zamyślenia wyrwała mnie właśnie ta Pani.
– Czy mogłabyś mi to otworzyć? Jestem w dużej mierze niewidoma i nie do końca sobie radzę – powiedziała podając mi małe, plastikowe opakowanie sosu.
– Oczywiście – odpowiedziałam otwierając torebkę.
– Dziękuję – uśmiechając się wyciągnęła rękę po sos.
Pani dalej jadła, a ja doczekałam się swojego zamówienia. Gdy wróciłam z wyczekiwaną przekąską, bo chyba jest to lesze określenie niż posiłek zważywszy na fakt, że były to frytki i wegańskie nuggetsy. Ciągnąc tę myśl, polecam je serdecznie, Burger King naprawdę się postarał i stworzył coś całkiem smacznego. McDonald mógłby się zainspirować. Zachwycona wizją nagrody po ogromnym wysiłku, jakim było przejście się po kilku sklepach, zabrałam się do jedzenia. Po chwili usłyszałam:
– Przepraszam, czy kasy biletowe na dworcu centralnym są w głównej hali? Czy tylko w podziemiach?
Z pewnym smutkiem oderwałam się od posiłku i zaczęłam wyjaśniać pokrótce budowę dworca – rzeczywiście łatwo się tak zgubić, nawet osoby mieszkające w Warszawie miewają trudności z odnalezieniem się w podziemiach w centrum miasta. Tłumaczenie nie trwało dłużej niż kilka minut, ale skoro już jakaś rozmowa została rozpoczęta, nie mogłam nie zagaić. Spytałam czy Pani jest w Warszawie przejazdem, czy może pojawia się tu częściej. To pytanie było jak klucz do mechanizmu, jak ostatni element układanki – od tej chwili wystarczyło moje zainteresowanie tematem by opowieść snuła się sama.

Na początku dowiedziałam się, że Pani jest w Warszawie ze względu na męża, którego zostawiła w szpitalu. Czeka tam na planowany zabieg – spędzić miał te święta w Warszawie, ale Pani nie wydawała się podłamana tym faktem. Wyglądała na dość pewną, że wszystko będzie dobrze. Pochodząca z Olsztyna kobieta oczekująca na pociąg do domu z każdym wypowiadanym zdaniem stawała się coraz ciekawsza. Członkini kilku Klubów Seniora, co tydzień chodząca na przeróżne zajęcia – basen, tańce czy „komputery”, jak to sama określiła. Grafik ma raczej napięty, no bo co, ma się w domu zamknąć i nie wychodzić?
Chwaliła się, że w tym roku była już na dwóch wigiliach i czekają ją kolejne. Jednocześnie nie mówiła, że jest zmęczona – taka codzienność pełna aktywności wydawała się jej odpowiadać, pasować do sylwetki osoby pełnej energii. Swoją historię przeplatała radami dla mnie: by żyć pełnią życia, korzystać z tego, co oferuje nam los i nigdy się nie poddawać, jeśli na czymś nam zależy. W końcu niech ja tylko spojrzę na nią – ponad 70 lat na karku, w pewnym stopniu niewidoma, a ile robi i ile przyjemności z tego czerpie. Wtajemniczyła mnie także w fakt, że udziela się w zarządzie swojej kamienicy, spaceruje z dokumentami po mieście i co dopiero podpisała się pod wnioskiem (lub projektem, nie jestem pewna) o ponad milion złotych na rzecz jej lokalnej społeczności. Od jakiegoś czasu przydzielono jej także asystentkę, bo osobie z niepełnosprawnością prościej „załapać się” do różnych programów. Szybko się polubiły, ona pomaga jej zdjąć zasłony do prania czy zdobić te rzeczy, które Pani sprawiają trudność, a ona zawsze ma do zaoferowania asystentce herbatkę czy koniaczek (nie zmyślam, tak opowiadała!). Niedawno Pani powiedziała asystentce, że porywa ją z programu i liczy, że ta będzie towarzyszyć jej w podróżach. Po dopytaniu, gdzie ostatnio była, odpowiedziała, że w Lidzbarku.

Czas płynął, frytki mi się kończyły, ale mi nigdzie się w tamtej chwili nie spieszyło. Nie potrafię odmówić człowiekowi i jego historii, szczególnie gdy ta wypełniona jest takim ciepłem i samozadowoleniem.
Następnie przedstawiła mi kolejny dowód swojej zaradności, a więc opowieść o tym, jak okradziono ją kilkadziesiąt lat temu – mąż wyjechał, a ona została w domu z dwójką małych dzieci. Nie jestem w stanie wiernie oddać opisanych przez nią wydarzeń, ale rezultat był taki, że pomagali jej nosić zakupione rzeczy czterej żandarmi i jeszcze jakimś cudem z całej sytuacji wyszła na plus. Jak? Nie mnie pytajcie. Ja potrafiłam jedynie słuchać jak zaczarowana i uśmiechać się słysząc kolejne to zwroty akcji.

W pewnym momencie wyciągnęła telefon by pokazać mi kilka zdjęć na dowód prawdziwości swoich historii. „Żeby nie było, że się tak chwalę” mówiła, choć myślę, że chodziło jej o przechwalanie. W jednej dłoni smartfon, w drugiej specjalne szkło powiększające i z obsługą tego cudownego wynalazku XXI wieku nie miała większych problemów. Rozczulający był to widok. Dzięki temu, że chwilę przekopywała się przez galerię, dane mi było zobaczyć także zdjęcie jej męża czy sali od „komputerów”, gdzie na zajęciach uczy się obsługi różnych programów.

Jakby ta postać nie była wystarczająco barwna i ciekawa, ostatnim wydarzeniem, w które mnie wtajemniczyła, było spotkanie Zbigniewa Religi. Tak, tego słynnego kardiochirurga. Tę opowieść postaram się przestawić jak najwierniej względem oryginały, bo jest czym się w niej zachwycić.

Przyjechała wtedy do szpitala na wizytę – kolejka była niewyobrażalnie śmigać a wiedziała, że nie ma tyle czasu. Męża wtedy akurat nie było, a dzieci zostawiła z matką, ale obiecała, że o danej godzinie je odbierze. Zaczęła się zastanawiać, co mogłaby spróbować zrobić. W końcu wpadła na dość szalony pomysł – nie miał nic do stracenia, najwyżej wróci pokornie do kolejki. Jednak spróbować trzeba!
Podeszła do szpitalnego bufetu pewnym krokiem przestawiając się jako technik żywienia, co z resztą było prawdą, bo takie uzyskała wykształcenie. Podała sprzedawczyni pieniądze i poprosiła o fartuch z zaplecza, tacę, ciastko i kawę. Z drugiej strony nie natrafiła na opór – nie wiem czy zrobiła lub powiedziała wtedy coś jeszcze, ale zadziałało.
Uzbrojona w takie wyposażenie wyczekała momentu aż gabinet lekarski opuści pacjentka. Wtedy, prawie mijając się z nią w drzwiach, weszła ze słowami „Panie doktorze, a teraz czas na przerwę i kawę”. Serce biło jej jak oszalałe, bo nie wiedziała jak zareaguje Religa. Mógłby wyrzucić ją z gabinetu i tyle byłoby z całego przedsięwzięcia. On jednak uśmiechnął się i zapytał „Co Pani tutaj robi?”. Od słowa do słowa przyznała się, że czeka na wizytę, że kolejka długa, a do dzieci musi zaraz wracać. Lekarz okazał zrozumienie i może nie do końca w porządku w stosunku do innych pacjentów, szybko, sprawnie i z ciepłem zajął się sprawą tejże Pani. Niedługo później wyszła ze szpitala i pojechała do domu.
Kończąc tę historię dodała, że musi się przejść i położyć kwiat na jego grobie, bo cudowny i ciepły był to człowiek.

Zauroczona tym wszystkim co zdążyłam usłyszeć, nie potrafiłam tak po prostu pożegnać się i odejść. Jeszcze chwilę siedziałyśmy przy tym stoliku zaprojektowanym na sześć osób na najwyższym piętrze Złotych Tarasów i rozmawiałyśmy. Dopiero po jakimś czasie podziękowałam jaj za spędzoną wspólnie chwilę, życzyłam bezpiecznej podróży i poszłam w swoją stronę z niechcącym zejść z twarzy uśmiechem.

piórko - bthegreat.pl

Dlatego jeśli mogłabym czegoś życzyć w nadchodzącym roku, niech to będą te życzenia. Być żyć bardziej jak ta Starsza Pani, by czasem zrobić coś niestandardowego i nie do końca poprawnego jak Zbigniew Religa, by umieć dostrzec historię stojącą za człowiekiem i zatrzymać się, by jej wysłuchać – jak ja. Bo to takie małe chwile, drobne decyzje i codzienne sytuacje tworzą ten niesamowity twór zwany życiem.

Ciepła historia noworoczna
Przewiń na górę