Pozytywne historie #4 – Zuza i Major

Brakowało mi prawdziwych Pozytywnych historii, takich z krwi i kości. Na szczęście mój Instagram nie służy tylko do marnowania czasu, ale też do poznawania ciekawych ludzi.
A że zbliża się czas, gdy blog zostanie zalany tekstami okołopodróżniczymi, pozytywna historia o młodej dziewczynie z północy i jej psie, pomoże wdrożyć się w ten klimat.

Nie jestem teraz pewna czy to u Makulskich, czy u Kundelka na Biegunie, znalazłam link do konta Zuzy. Kliknęłam, zaczęłam czytać opisy pod zdjęciami, na których widok robiło mi się zimno, i przepadłam. Z każdym kolejnym postem chłonęłam historie bardziej, mocniej, z większym zaangażowaniem. Już wtedy wiedziałam, że chcę by jej historia trafiła na bloga, ale postanowiłam, że najpierw muszę poznać Zuzę i Majora bliżej, postarać się wczuć w ich klimat, północną codzienność.

Czy oni nie są przeuroczy?

Technik weterynarii oraz inżynier hipologii i jeździectwa w jednym, poza pracą miłośniczka terierów typu bull. Major to wyczekany pies, kupiony z zamysłem i planem. Ale to nie jest powód, dla którego śledzę ich codzienność z wypiekami na twarzy.

Miejsce, gdzie niedźwiedzi polarnych jest więcej niż ludzi, stało się ich domem.
Svalbard.

Wiecie gdzie jest Svalbard?
Moja pierwsza myśl powędrowała gdzieś w okolice północy Norwegii, tuż przy samym Morzu Arktycznym. Ależ skądże, to dużo dalej.

No i Svalbard jest prawie dwukrotnie dalej niż północ Norwegii.
Prawie się wstrzeliłam, prawda? 😛

To jest kilka wysp położonych prawie w połowie drogi od Norwegii na biegun północny.
Abstrakcja! Totalnie!

Myślałam niejednokrotnie o przyszłości w Skandynawii czy w Kanadzie. Dla wyklarowania sytuacji – Svalbard jest bliżej bieguna niż Kanada.
Kanada! Wyobrażacie sobie?!

Dlatego zafascynowana tym, jak się żyje na takim końcu świata, śledziłam historię Zuzy i Majora dalej. Zaczęłam odkopywać starsze zdjęcia i zauważyłam, że przeprowadzka nie była bułką z masłem, tylko komplikacje były nieuniknione.
Dodatkowo, od kiedy bardziej wniknęłam w ich historię, zaczęłam czuć ciepło. Na zdjęciach same swetry, lód i śnieg, ale wewnętrznie czułam, że to jest człowiek na swoim miejscu na świecie.
Skoro da się przeprowadzić z psem na Svalbard, to czego się nie da?

Nie jestem pewna kto na tym zdjęciu wygląda na szczęśliwszego <3

Kolejny raz dzielę się z Wami opowieścią o podróżnikach z prawdziwego zdarzenia. Myślę, że pewnie to dlatego, że sama rwę się do poznawania nowych miejsc i ludzi, ale też dlatego, że skoro jesteśmy w stanie podążyć za swoimi marzeniami tak daleko, to czym jest rzecz niemożliwa?

Naprawdę, mam wrażenie, że przeprowadzka w nieznane jest jedną z trudniejszych decyzji, jakie można podjąć. Z tego powodu, śledzenie postępów ludzi, którzy się na to zdecydowali, może dać wielką dawkę motywacji do działania. Mam nadzieję, że jeśli Wy od dawna o czymś marzycie, ale boicie się przełamać, może po tym wpisie będzie Wam nieco łatwiej.

I oczywiście, żeby tradycji było zadość, zadałam Zuzi kilka pytań. Mam nadzieję, że odpowiedzi na nie udzielone przybliżą Wam trochę, dlaczego pokochałam ich historię.

1. Wyprowadziłaś się z psem na zamierzchły koniec świata zwany Svalbardem. Dlaczego właśnie tam – aż pod sam biegun?

Jak ludzie podejmują jakieś niezrozumiale decyzje, nawet dla siebie samych to chodzi o miłość! Mój partner pracował tu przez kilka lat i miał w planach wracać na kolejny sezon. Ja bardzo spontanicznie podjęłam decyzję o wyjeździe razem z nim. Wiedziałam, że zostawiając dotychczasowe życie w Polsce nie tracę zupełnie nic a czekanie i budowanie związku na odległość nie jest dla mnie.

2. W postach na swoim koncie na Instagramie wspominałaś, że pies nie towarzyszył Ci od samego początku przez niekończące się procedury i papierkowe roboty. Opowiedz proszę, co tak utrudniło przeprowadzkę?

Jak już wspomniałam, moja decyzja o przeprowadzce była bardzo spontaniczna. Umawiając się na wieczorna randkę nie sądziłam, ze to będzie wieczór kiedy kupie bilety na biegun!
Moje psy miały oczywiście paszporty i wszystkie potrzebne szczepienia, ale wymagania na Svalbard są dużo większe niż tylko szczepienie przeciwko wściekliźnie. Tu muszę dodać, że zaraz po kupieniu biletów zabrałam się za robienie psom okresowych badań i to niestety był moment, w którym musiałam zadecydować o zostawieniu mojej suczki w domu rodzinnym. Moja egoistyczna potrzeba posiadania jej blisko nie była warta tego ryzyka.* Zwłaszcza, że wiedziałam, że zostaje w bardzo dobrych rękach na zasłużonej emeryturze 🙂

Pierwsze wymaganie to badanie poziomu przeciwciał po szczepieniu na wściekliźnie. Musi minąć 90 dni od osiągnięcia odpowiedniego poziomu przeciwciał we krwi, żeby spełnić jeden z wymogów wwozu psa na Svalbard.

Następnie po kolei było znalezienie pracy oraz otrzymanie norweskiego D-number (odpowiednika naszego nr pesel), na podstawie którego mogłam zarejestrować się jako rezydent Svalbardu.

Dopiero jako rezydent mogłam złożyć wniosek o pozwolenie na przylot psa na Svalbard. To była cala teczka skanów! Skany wszystkich stron paszportu, badań, rodowodu itd. Na pozwolenie czekałam 3 tygodnie aż w końcu dotarło i mogłam kupić bilety! <3

Następnie zgranie lotów tak aby samoloty były przystosowane na przelot psa w luku bagażowym. Miliony telefonów, sprawdzanie terminów itd. Na Svalbard nie ma z Polski żadnych bezpośrednich lotów. Mieliśmy 3 starty i szczęśliwie 3 lądowania 🙂

A w Polsce z dodatkowych formalności- legalizacja paszportu u lekarza powiatowego + wszystkie niezbędne badania przed podróżą.
Z pewnością te kilka nowych siwych włosów na mojej głowie pojawiło się w trakcie załatwiania wszystkich formalności i dokumentów dla psa 🙂

*[Dopisek ode mnie – Zośki] Zuza w Polsce miała też drugiego psa – sukę Fate. Została adoptowana w wieku ośmiu lat i przez swoją nieprzyjemną przeszłość, była dość schorowana. Z tego też powodu, dla jej bezpieczeństwa, została w Polsce.

3. Biegun! Dosłownie! Patrząc na mapę, widzę, że Svalbard leży bardziej na północ niż Kanada, na tej samej wysokości co północny kraniec Grenlandii. Jak Ci się tam żyje? Trudno było Ci się przyzwyczaić? W końcu dotychczas mieszkałaś w Polsce z jej mniej lub bardziej umiarkowanym klimatem 🙂

Żyje się fantastycznie. Wbrew pozorom klimat jest bardziej stabilny niż w Polsce. Tu jest po prostu zimno każdego dnia! Bardzo szybko przyzwyczaiłam się do tak niskich temperatur. Po przeżyciu nocy polarnej, wiatrów o prędkości 50 km/h i zagrożenia lawinowego- takie -1*C, które mamy aktualnie sprawia, ze realnie czuje wiosnę! 🙂
Kiedy w listopadzie przyleciałam na biegun, właśnie zaczynała się tutaj kilkumiesięczna noc polarna. Przywitał mnie przeogromny wiatr i wielka ciemność. Tak naprawdę aż do połowy lutego nie widziałam dokładnie wszystkich zapierających dech widoków wokół miasta i samego miasta. Nie do końca zdawałam sobie sprawę z tego, gdzie mieszkam, bo całą dobę było po prostu czarno. Ach tak! Bywały przepiękne zorze polarne i niebo tak gwieździste, jakiego nigdy wcześniej nie widziałam. Nie byłam pewna czy lubię zimę zanim tu przyleciałam a teraz jestem przekonana, że o milion razy wygodniej i przyjemniej dla organizmu żyje się w stabilniejszym klimacie tutaj niż w Polsce 🙂

4. Czy Svalbard to już Twoje miejsce? Czy jednak ciągnie Cię gdzieś dalej?

Nie jestem sobie w stanie wyobrazić, ze mogłabym być gdzieś dalej 🙂 Bardzo chcę tu zostać, ale czy to moje miejsce? Nie wszystko jest tutaj idealne. Nie ma drzew, bardzo chętnie bym się do jakiegoś przytuliła. Ale z drugiej strony nie ma też kleszczy, co kompensuje mi i Majorowi brak lasów. Myślę, że skoro nie mogę sobie na te chwile wyobrazić, że gdzieś na świecie mogłoby być mi lepiej to znaczy, że zaczynam się czuć jak w domu. Byłam w Polsce w marcu na 4 dni, żeby zabrać Majora. Bardzo mnie ten powrót do domu ekscytował, ale w głębi duszy nie mogłam doczekać się lądowania na Svalbardzie i powrotu do tego nieskomplikowanego życia tutaj 🙂

5. Na pewno jest coś, co Cię rozbawiło, zdziwiło lub zaskoczyło. Podziel się jakąś ciekawostką, anegdotą lub opowieścią ze swojej własnej Krainy Lodu 😀

Lista rzeczy, które mnie zaskoczyły i zaskakują każdego dnia jest bardzo długa. Największym WOW jest wzajemny szacunek miedzy ludźmi w pracy, respektowanie naszego czasu wolnego, dbanie o dobre samopoczucie i relacje. Naprawdę imponujące na jak wysokim poziomie to działa! Myślę, że póki tego nie doświadczyłam pracy w zrównoważonej atmosferze, nie miałam świadomości jak bardzo problemy i atmosfera w pracy determinują moje samopoczucie – nawet po powrocie do domu. Naprawdę, podejście ludzi do życia jest tak absolutnie inne i podoba mi się to bardzo! Nigdy nie byłam tak wyluzowana, chociaż ciągle się tego uczę 🙂
A z bardziej przyziemnych rzeczy:
– Mało kto zamyka tu samochody. Zasadniczo nie ma sensu, bo na Svalbardzie jest jedynie ok. 50 km dróg. O to, że samochód zaginie martwić się nie trzeba. Spacerując po mieście w noc polarną doszłam do wniosku, że to całkiem rozsądne rozwiązanie w razie spotkania niedźwiedzia. Miło wiedzieć, ze zawsze któreś auto może posłużyć za schronienie 😀
– RENIFERY! – to jest dla mnie za każdy razem ogromna radość! Błąkają się po mieście tak swobodnie, jak koty w Polsce i cieszę się jak 5-letnia dziewczynka, kiedy spotykam kolejnego. Zdarzyło mi się nawet uronić łezkę wzruszenia…
– Alkohol – jakkolwiek dziwnie to nie brzmi – można go kupić w sklepie okazując kartę, która określa miesięczny przydział, taki sam dla każdego i na wszystkie miesiące. Pani w sklepie stwierdziła, że na Svalbardzie karta na alkohol jest trochę jak miejscowy dowód osobisty 😀 W mojej subiektywnej opinii – cale szczęście, że te restrykcyjne przepisy nie dotyczą wina. Będąc turystą alkohol można kupić okazując bilet lotniczy, ale na jeden bilet nie przypada więcej jak miesięczny przydział 😀
– Psie sprawy – sprzątanie po swoich psach jest naprawdę powszechnie praktykowane. Nikt nie marudzi, że w rękawiczkach to nie jest wygodne, że do kosza za daleko i za zimno. Longyearbyen jest miasteczkiem mającym zaledwie 2000 mieszkańców, wiec to normalne, że ludzie się kojarzą i kojarzą do kogo należy pies i kupa 🙂 Piętnowanie zapominalskich, czasem ze wskazaniem sprawcy działa w internecie bardzo prężnie! W wolnych chwilach lubię poczytać sobie takie hejterskie posty a jeszcze bardziej lubię natrafić w komentarzach na sprawce, który przyznaje się do błędu i przeprasza. Bardzo pozytywne zaskoczenie psiarzami na biegunie!
Przede mną jeszcze przeżycie całego dnia polarnego i pierwszy letni sezon na Svalbardzie, więc mam nadzieje, że tych pozytywnych wrażeń będzie coraz więcej 🙂

Wychodzi na to, że to już wszystko. Zawsze chcę napisać coś jeszcze, zadać jedno pytanie więcej. Na szczęście wtedy odzywa się rozsądek i przypomina, że lepszy od przesytu jest niedosyt.

Z tego też powodu zapraszam Was do przeczytania opowieści Zuzy na jej profilu na Instagramie i życzę miłego dnia!