Anty-profesjonalistka

Jak zapewne zauważyliście, nie jestem specjalistką. Ani w temacie psich zachowań, ani samej rasy jaką są bordery, ani blogowania. Szczerze powiedziawszy, nie jestem specjalistką w żadnej dziedzinie. 
Nie uważam żeby był to jakikolwiek problem. Mam za sobą niewiele lat życia, nie ukończyłam jeszcze swojego obowiązkowego nauczania, więc mam czas na zostanie profesjonalnym kimś.

Ale z resztą… Po co? 

Świetnie się czuję sama ze sobą, na blogu dzielę się SWOIMI metodami, SWOIMI pomysłami i SWOIMI doświadczeniami. Tematy tutaj poruszane są przeróżne, tak samo jak różnorodne myśli krążą mi po głowie. Zdjęcia robię na trybie popularnie zwanym „automatem” – tak, bloger też może! Na razie mi to wystarcza, ale wiem, że w przyszłości chciałabym zrobić krok naprzód. Mam na to czas.

Być profesjonalistą. Sformułowanie częste do zobaczenia w internecie, według mnie niejednokrotnie nadużywane. Dla mnie specjalista, to ktoś kto poświęcił wiele czasu i chęci na daną rzecz/czynność, rozwijał się w danym kierunku. Ale! 
Prawdziwy profesjonalista nigdy nie przestaje się uczyć. Nie pisze, że jest najlepszy w mieście/Polsce/Europie/gdziekolwiek tam sobie zamarzy, bo jego wyniki mówią same za siebie. Zadowoleni klienci lub zagorzali fani podają te informacje dalej, nie potrzeba tu nadmiernego promowania.

Nie chcę tu powiedzieć, że wszystkim specjalistom, którzy się promują w internecie czy też poza nim, nie ufam. Wychodzę po prostu z założenia, że najlepszą wizytówką są zachwycone osoby postronne 😉 

Świat cierpi na perfekcjonizm przeplatany profesjonalizmem. Zawsze robisz coś niewystarczająco dobrze. Sami, czasem nie zdając sobie z tego sprawy, dokładamy do tego rękę. Pewnie nieraz zrobiłam to i ja.

Piszę. Publikuję swoje artykuły w sieci licząc się z jakimś odbiorem. Oczywiście, mogę to robić lepiej, efektowniej. Sama technologia SEO (nie wyjaśnię Wam jak to działa, bo nie do końca się znam, ale sprawa rozbija się o używanie słów kluczowych w odpowiedniej częstotliwości i kolejności) potrafi magicznie sprawić, że nieznana strona zacznie nam się wyświetlać w przeglądarce. 
Prawdą jest, że mogłabym zapłacić za kursy i być w pewien sposób lepszą. Ale czy muszę? Czy naprawdę nie mogę zostać na swoim poziomie?

Czasem rozwój osobisty nie przebiega w tak idealny sposób liniowy – do góry. Z resztą, rzadko kiedy tak jest. Na progres składa się wiele czynników, regres również. Nie widzę potrzeby zmieniania swojego stylu, żeby zyskać zasięgi, bo nie jest to dla mnie w żadnym wypadku postęp. Dla niektórych liczy się liczba, bo nie łudźmy się, chociażby w przypadku firm ważne jest to, ile produktów uda się sprzedać. Ja jednak mogę sobie pozwolić na rozwijanie się w innym kierunku, więc zamierzam pisać jak najwięcej i w różnych miejscach, żeby szlifować swój unikalny styl.

Podobnie sprawa się ma z fotografią. Jedni robią zdjęcia analogami, inni starszymi modelami lustrzanek, a niektórzy najnowszym sprzętem za miliony monet. Oczywiście jest jeszcze grupa osób, która fotografuje telefonami. I nie ma w tym nic złego!

Pozwólmy robić ludziom swoje. Czy zawsze musimy za wszelką ceną iść z duchem czasu? 
Myślę, że za dużą wagę przywiązujemy do modernizacji i wydawaniu kolejnych to, „lepszych”, edycji czegokolwiek. 

Każdy jest specjalistą w byciu sobą. Pamiętajmy o tym, że często chcąc zostać profesjonalistą tracimy to, co sprawiało, że byliśmy wyjątkowi.

Niech to zdjęcie tytułowe wpisu Wam o czymś przypomni. Wbrew pozorom, nie wybrałam go ot tak. Uchwyciłam ten moment wychodząc z Beethovenem na spacer i zobaczyłam dzieła dzieciaków z podwórka na chodniku. Uśmiechnęłam się szczerze i przystanęłam na dłuższą chwilę. Gdy byliśmy dziećmi, nikt nie był lepszy od innych. Każdy zwał się artystą, kiedy tylko w jego ręce trafiły kredki i kartki papieru. Każdy z nas był sportowcem, kiedy rodzice pozwalali nam pójść pobawić się z innymi. 

Spójrzmy raz na jakiś czas na dzieci. Są dużo mądrzejsze niż nam się wydaje.