Niesamowita doba

Opowiadane tu wydarzenia miały miejsce już prawie dwa tygodnie temu, ale mam nadzieję, że mimo upływu czasu, dobrze oddam wszystko, co się działo. Koncert, zaczarowane lotnisko – jesteście gotowi? Jeśli odpowiedzią jest „Tak”, zapraszam do czytania.

Zacznijmy od samego początku…

Dla ułatwienia i zapewnienia nieco prywatności, bohaterem jestem ja, M, E i P. Mam nadzieję, że się nie pogubicie, wierzę w Was!

Wszystko zaczęło się, kiedy we trzy zostałyśmy odwiezione na Olimpiastadion, miejsce w którym miał odbyć się koncert Eda Sheerana. Jeśli śledziliście mój Fanpage, to wiecie, że jestem pod wielkim wrażeniem jego twórczości. Ale skoro poświęcam w dużej mierze wpis właśnie mu, to chyba mogę się nieco rozgadać? 😉 Jeśli kogoś bardzo to nie interesuje, to może a) zakończyć tu czytanie wpisu, b) przejść do części Koncert.

Ed Sheeran

Zacznijmy od tego, że trafiłam na piosenkę w wykonaniu Eda podczas oglądania drugiej części Hobbita – Pustkowia Smauga. Od razu urzekł mnie klimat i zaangażowanie piosenkarza podczas śpiewania, więc zaczęłam szukać, czyj to właściwie utwór. W ten sposób odkryłam jego albumy (przede wszystkim + i X), ale zdecydowanie przekonał mnie do siebie publikując piosenkę „Thinking Out Loud„. Teledysk jest nieco romantyczny, ale w dużej mierze zabawny. Widać na nim taniec baletnicy i Eda, który za wszelką cenę próbuje nie zrobić z siebie pośmiewiska. Niczym „Taniec z Gwiazdami” 😉

Kolejnym przypomnieniem o nim, chociaż i tak miałam pobrane jego piosenki, było wydanie albumu ÷. Zakochałam się w utworze „Shape of You„, nie ze względu na tekst, ale przez połączenie kilku instrumentów, które tak świetnie się dopełniają. Po publikacji całego albumu i ponad roku słuchania, nie ma takiej piosenki, której bym nie lubiła. Chciałam tutaj wymienić moje ulubione utwory, ale zdałam sobie sprawę, że jest ich za dużo 😉

Takim dużo dla mnie znaczącym singlem jest „I’m a mess„. Zawsze puszczam go sobie, gdy mam za duży mętlik w głowie, stresującą sytuację lub po prostu muszę się odciąć. Jeśli usłyszycie, że jej słucham, zostawcie mnie i dajcie czas. Ewentualnie możecie rzucić jakąś czekoladę, też działa.

Koncert

I w tym całym uwielbieniu (ale nie takim ślepym, tylko raczej uzasadnionym i długotrwałym) zobaczyłam gdzieś w internecie zapowiedź trasy koncertowej. Minęło kilka chwil, a zrzut ekranu został wysłany do rodziny i znajomych. Cieszyłam się jak głupia, bo miałabym szansę posłuchać go na żywo, zobaczyć coś więcej niż zdjęcia i filmy.

Udało się nam kupić bilety na koncert w Monachium. I w ten sposób lądujemy w wielkim parku, który nie chce nam ułatwić szybkiego dotarcia na stadion.

Nie przesadzam, w Parku Olimpijskim można śmiało spędzić cały dzień i się nie nudzić. Głodny? Restauracje są. Zmęczony? Znajdziesz miejsca, gdzie możesz się położyć i odpocząć. Spragniony rozrywki? Gokarty, wesołe miasteczko i wiele innych. Na dodatek, w niedzielę wieczorem towarzyszyły nam całkiem imponujące ilości ludzi. Nie odczułabym tego aż tak, gdyby nie to, że cała masa szła dokładnie tam, gdzie my. W końcu stadion się sam nie zapełni.

Po licznych kontrolach bezpieczeństwa, bramkach i wszystkich rzeczach tego typu znalazłyśmy nasze miejsca, które raczej miały służyć jako miejsce na plecak niż do siedzenia, bo spójrzmy prawdzie w oczy – kto siedzi na koncercie? I to takim wyczekanym? Właśnie 😉

Pierwszą osobą, którą zobaczyliśmy, była Anne-Marie (w ramach supportu) i muszę przyznać, że ma talent. Głos piękny, w piosenki wkłada całą siebie, a ten kontakt z publicznością… Zdecydowanie jest osobą, której warto się przyjrzeć 🙂

Kiedy zapowiedziała, że za chwilę przyjdzie Ed, wszyscy ożyli. A nawet więcej, był wyczuwalny taki ogólny pomruk aprobaty.

Na scenę wbiegł. Dosłownie, pojawił się na ekranach, widzieliśmy jak złapał gitarę i wbiegł na scenę. I po prostu zaczął grać. Po pierwszym utworze (gdyby kogoś to interesowało, był to „Castle on the hill”) zaczął mówić, sprawiając że miałam wrażenie, że mówi do mnie. Bezpośrednio.

Szybko pokazał stample i powiedział, że cała muzyka tu grana powstaje tylko za pomocą widocznego pudełka, gitary i jego samego. Cały koncert tylko to potwierdził.

Możecie się ze mnie śmiać, ale dzięki czasowi spędzonemu na tym stadionie, postać Eda stała się dla mnie… Bardziej rzeczywista. Nie jest już dla mnie odległym celebrytą, ale człowiekiem, który też popełnia błędy, który też potrzebuję chwili na oddech. Co nie zmieniło mojego zdania, że jest fenomenalnym artystą, który tworzy prosto z serca.

Lotnisko

Niedługo po zakończeniu koncertu, trafiłyśmy na lotnisko. We dwie (trzecia została ze swoją rodzinką) miałyśmy lot o 7 rano, więc gdy minęłyśmy kontrolę bezpieczeństwa, zostało nam ponad 5 godzin do odlotu. Oczywistym było, że będziemy musiały się przespać, ale skoro i tak mamy trochę czasu, to dobrym pomysłem byłoby znalezienie bramki.

Tutaj sprawa się nieco pokomplikowała. Wyobraźcie sobie miejsce wielkości miasta, na tyle dużego, że podróżuje się po nim pociągiem. Witajcie na lotnisku w Monachium.

Dobrnęłyśmy do miejsca gdzie na tablicach były strzałki na bramkę K (my miałyśmy coś około K22). Podążamy grzecznie zgodnie z instrukcjami, ale otaczające nas korytarze są nieco… Surrealistyczne. Nie ma nikogo, jedynie pochrapujący podróżnicy gdzieś w kątach na łóżkach polowych.

A tak naprawdę, surrealizm miał się dopiero rozkręcać.

Po pewnym momencie tablice zniknęły, a strzałki kierowały nas w kółko. Po kilku pętlach zatrzymałyśmy się w miejscu, przestawało być zabawnie. Gdzie jest ta nasza bramka??

Ludzie, którzy w tamtej chwili nie spali, pokazywali nam w którą stronę iść. Jedyny problem tkwił w tym, że znowu kręciłyśmy się w kółko.

Trochę zdesperowane zatrzymałyśmy się, żeby ochłonąć i odzyskać zimną krew, co i tak zbytnio nam się nie udało. Nagle zobaczyłam Pana elegancko ubranego, który robił sobie kawę. Najważniejsze w tej sytuacji było to, że miał plakietkę na szyi. Szybko wywnioskowałam, że może wiedzieć coś więcej i poleciałam do niego jak do darmowych słodyczy. Na chwilę obecną wydaje mi się to niepokojące, mam nadzieję że nie miałam maślanych oczu.

Udało nam się dowiedzieć, że do naszej bramki dostaniemy się pociągiem, ale problem jest jeden. Maszynista (albo ktoś w zarządzie, kto wie czy był bezzałogowy) też musi spać, więc musimy zaczekać do czasu otwarcia, którym była godzina 4.

Skoro i tak nie potrzebujemy być tak wcześnie, to postanowiłyśmy przespać się do 5:30 i wtedy ruszyć w drogę. Świetnym wynalazkiem są ogólnodostępne łóżka polowe i koce, które stały w koszach co kilkadziesiąt metrów – dzięki temu można odpocząć nie bojąc się o swój komfort (ten kto nie spał wygięty na ławce, ten nie wie jak potem wszystko boli).

W końcu wszystko skończyło się dobrze, wylądowałyśmy z rana i pojechałyśmy do domu. Jednak wiem, że ta niesamowita doba (we wszystkich tego słowa znaczeniach) zapadnie mi w pamięć na dłużej.